Страница 62 из 99
Wyszła przed namiot, by zaczerpnąć świeżego powietrza. I wtedy go zobaczyła, siedzącego obok ławy kowala.
— Jarre!
Podniósł na nią oczy. W tych oczach była pustka.
— Iola? — spytał, z trudem poruszając spierzchniętymi wargami. - Skąd ty…
— Też pytanie! — przerwała mu natychmiast. - Lepiej powiedz, skąd ty się tu wziąłeś?
— Przynieśliśmy naszego dowódcę… Wojewodę Bronibora… Ra
— Ty tez jesteś ra
Jarre popatrzył na nią, a Iola zaczęła nagle wątpić, czy ją widzi.
— Jest bitwa — powiedział chłopiec, poszczękując z lekka zębami. - Trzeba stać jak mur… Twardo w szyku. Lżej ra
— Pokaż rękę.
Jarre zawył krótko, zwierane zęby zakłapały w dzikim staccato. Iola zmarszczyła się.
— Jejku, okropnie to wygląda… Oj, Jarre, Jarre… Zobaczysz, matka Ne
Widziała, jak zbladł, gdy zobaczył. Gdy poczuł wiszący pod płachtą namiotu smród. Zachwiał się. Podtrzymała go. Widziała, że patrzy na zakrwawiony stół. Na leżącego tam człowieka. Na chirurga, małego niziołka, który nagle podskoczył, zatupał nogami, zaklął obrzydliwie i cisnął na ziemię skalpel.
— Cholera! Kurwa! Dlaczego? Dlaczego tak jest? Dlaczego tak musi być?
Nikt nie odpowiedział na to pytanie.
— Kto to był?
— Wojewoda Bronibor — wyjaśnił słabym głosem Jarre, patrząc wprost przed siebie swym pustym wzrokiem. - Nasz dowódca… Staliśmy twardo w szyku. Rozkaz. Jak mur. A Melfiego zabili…
— Panie Rusty — poprosiła Iola. - Ten chłopak to mód znajomy… Jest ra
— Trzyma się na nogach — ocenił zimno chirurg. - A tu jeden niemal dogorywający czeka na trepanację. Tu nie ma miejsca na żadne kumoterstwo…
W tym momencie Jarre z dużym wyczuciem dramatycznie zemdlał i zwalił się na klepisko. Niziołek parsknął.
— No, dobra, na stół z nim — zakomenderował. - Oho, ładnie załatwiona ręka. Na czym to się, ciekawe, trzyma? Chyba na rękawie? Opaska, Iola! Mocno! I nie waż mi się płakać! Shani, podaj mi piłę.
Piła z ohydnym chrupnięciem wgryzła się w kość powyżej zmiażdżonego stawu łokciowego. Jarre ocknął się i zaryczał. Okropnie, ale krótko. Bo, gdy kość ustąpiła, natychmiast zemdlał znowu.
I tak oto potęga Nilfgaardu legła w pyle i prochu na bre
Tak stała się Bre
I jako lawina, z gór tocząca, coraz to śniegiem obrasta i większą się stawa, tak i Bre
W Aedirn zaś wieść o Bre
Godzi się jeszcze o jednej napisać rzeczy: otóż co się pod Bre
Krąży zaś wśród ludu prostego podanie, jakoby wracał marszałek nocami na bre
— Dziadku Jarre! Dziadku Jarre!
Jarre podniósł głowę znad papierów, poprawił osuwające się po spoconym nosie okulary.
— Dziadku Jarre! — wykrzyczała na górnych rejestrach jego najmłodsza wnuczka, rezolutna i bystra sześciolatka, która, bogom dzięki, wdała się bardziej w matkę, córkę Jarre, niż w rozlazłego zięcia.
— Dziadku Jarre! Babcia Lucie
Jarre pieczołowicie złożył zapisane arkusze i zakorkował kałamarz. W kikucie ręki pulsował ból. Zmiana pogody, pomyślał. Przyjdzie deszcz.
— Dziadku Jaaaarreeee!
— Już idę, Ciri. Już idę.
Nim uporał się z ostatnim ra
Była czarna noc, gdy wyszli z namiotu, wszyscy czworo, siedli, oparci o płachtę.
Równina pełna była ogni. Różnych ogni — nieruchomych ogni biwaków, ruchliwych ogni łuczyw i pochodni. Noc rozbrzmiewała dalekim śpiewem, skandowaniem, okrzykami, wiwatami.
Noc dookoła nich żyła też urywanymi krzykami i jękami ra
Marti Sodergren milczała lirycznie, oparta o ramię niziołka. Iola i Shani, objęte, przytulone, parskały od czasu do czasu cichym, zupełnie bezsensownym uśmiechem.
Nim siedli pod namiotem, wypili po kubku wódki, a Marti poczęstowała wszystkich swym ostatnim zaklęciem: czarem rozweselającym, używanym zwykle przy wyrywaniu zębów. Rusty czuł się oszukany tym traktamentem — połączony z magią trunek, miast odprężyć, otępił go, miast zniwelować wyczerpanie, wzmógł je. Miast dać zapomnienie, przypominał.
Wygląda, pomyślał, że wyłącznie na Iolę i Shani alkohol i magia podziałały jak należy.
Odwrócił się i w świetle księżyca zobaczył na twarzach obu dziewczyn błyszczące, srebrzyste ślady łez.
— Ciekawe — powiedział, oblizując drętwe, nieczułe wargi — kto zwyciężył w tej bitwie. Czy ktoś to wie?
Marti odwróciła ku niemu twarz, ale nadal milczała lirycznie. Cykady grały wśród akacji, wierzb i olch nad Złotym Stawem, żaby rechotały. Ra
Marti Sodergren umarła dwa tygodnie po bitwie. Zadała się z oficerem Wolnej Kompanii Kondotierskiej. Traktowała tę przygodę lekko. W przeciwieństwie do oficera. Gdy Marti, lubiąca odmiany, zadała się z temerskim rotmistrzem, oszalały z zazdrości kondotier pchnął ją nożem. Powieszono go za to, ale uzdrowicielki nie zdołano odratować.
Rusty i Iola umarli rok po bitwie, w Mariborze, podczas największej eksplozji epidemii gorączki krwotocznej, zarazy zwanej też Czerwoną Śmiercią albo — od nazwy statku, na którym została przywieziona — Plagą Catriony. Uciekli wówczas z Mariboru wszyscy medycy i większość kapłanów. Rusty i Iola zostali, ma się rozumieć. Leczyli, bo byli lekarzami. To, że na Czerwoną Śmierć nie było lekarstwa, nie miało dla nich znaczenia. Zarazili się obydwoje. On umarł na jej rękach, w mocnym, budzącym ufność uścisku jej dużych, brzydkich, wieśniaczych dłoni. Ona umarła cztery dni później. Samotna.
Shani umarła siedemdziesiąt dwa lata po bitwie. Jako sły