Страница 48 из 99
Pojechali wolno skrajem puszczy. Ciri wypatrywała czegoś, co mogło służyć za wskazówkę. Jednorożec pochrapywał, wysoko unosił głowę i róg, rozglądał się. Był niespokojny.
— Myślisz, Koniku — zapytała — że mogą nas ścigać?
Chrapnięcie, zrozumiałe i jednoznaczne nawet bez telepatii.
— Nie zdołaliśmy jeszcze uciec dostatecznie daleko?
Tego, co w odpowiedzi przekazał jej myślą, nie zrozumiała. Nie istniało daleko i blisko? Spirala? Jaka spirala?
Nie rozumiała, o co mu chodziło. Ale niepokój udzielił się i jej.
Upalne wrzosowiska nie były właściwym miejscem i właściwym czasem.
Połapali się w tym pod wieczór, kiedy upał zelżał, a na niebie nad lasem zamiast jednego księżyca wzeszły dwa. Jeden duży, a drugi mały.
Następnym miejscem był brzeg morza, strome urwisko, z którego widzieli grzywacze rozbijające się na skałach o dziwacznych kształtach. Pachniał morski wiatr, wrzeszczały rybitwy, mewy śmieszki i petrele, białą i ruchliwą warstwą pokrywające występy urwiska.
Morze sięgało aż po horyzont wezbrany ciemnymi chmurami.
W dole, na kamienistej plaży, Ciri dostrzegła nagle częściowo zagrzebany w żwirze szkielet gigantycznej ryby o potwornie wielkim łbie. Zębiska, którymi najeżone były pobielałe szczęki, miały co najmniej po trzy piędzi długości, a do paszczy, wydawało się, można by wjechać na koniu i spokojnie, nie zawadzając głową o kręgosłup, przedefilować pod portalami żeber.
Ciri nie była pewna, czy w jej świecie i w jej czasie istniały takie ryby.
Pojechali skrajem urwiska, a mewy i albatrosy nie płoszyły się wcale, niechętnie ustępowały z drogi, ba, usiłowały dziobać i szczypać pęciny Kelpie i Ihuarraquaxa. Ciri z punku zrozumiała, że te ptaki nigdy nie widziały ani człowieka, ani konia. Ani jednorożca.
Ihuarraquax parsknął, trząsł głową i rogiem, był wyraźnie niespokojny. Okazało się, że słusznie. Coś zatrzeszczało, zupełnie jak darte płótno. Rybitwy poderwały się z wrzaskiem i trzepotem, na moment zakrywając wszystko białą chmurą. Powietrze nad urwiskiem zadrgało nagle, zamazało się jak zlane wodą szkło. I pękło jak szkło. A z pęknięcia wylała się ciemność, z ciemności zaś sypnęli się ko
Dearg Ruadhri . Czerwoni Jeźdźcy.
Nim jeszcze przebrzmiał krzyk ptaków i alarmujące rżenie jednorożca, Ciri już obracała klacz i podrywała ją do galopu. Ale powietrze pękało i z drugiej strony, z pęknięcia, powiewając płaszczami jak skrzydłami, wypadali dalsi ko
Jednorożec przyzwał ją ostrym sygnałem, który wbił się jej w mózg jak szpila. Tym razem zrozumiała natychmiast. Wskazywał jej drogę. Lukę w pierścieniu. Sam zaś stanął dęba, zarżał przeszywająco i runął na elfów z groźnie pochylonym rogiem.
— Koniku!
Ratuj się, Gwiazdooka! Nie pozwól się schwytać.
Przywarła do grzywy.
Dwóch elfów zagrodziło jej drogę. Mieli arkany, pętle na długich trzonkach. Próbowali zarzucić je na szyję Kelpie. Klacz zwi
Ale i
Nie było czasu na medytacje. Jednorożec miał słuszność, nie mogła pozwolić, by schwytali ją znowu. Musiała dać nura w przestrzeń, ukryć się, zgubić w labiryncie miejsc i czasów. Skoncentrowała się, czując z przerażeniem, że w głowie ma tylko pustkę i dziwny, dzwoniący, szybko rosnący zgiełk.
Rzucając na mnie zaklęcia, pomyślała. Chcą mnie omamić czarami. Niedoczekanie! Czary mają zasięg. Nie pozwolę im zbliżyć się do mnie.
— Pędź, Kelpie!
Kara klacz wyciągnęła szyję i pomknęła jak wiatr. Ciri położyła się na jej szyi, by do minimum zmniejszyć opór powietrza.
Krzyki zza jej pleców, jeszcze przed chwilą głośnie i niebezpiecznie bliskie, ścichły, zagłuszane przez wrzask płoszonych ptaków. Potem zrobiły się zupełnie ciche. Dalekie.
Kelpie szła jak burza. Aż wył w uszach morski wiatr.
W dalekich okrzykach pogoni zadzwoniły nuty wściekłości. Zrozumieli, że nie dadzą rady. Że za nic nie dościgną tej karej klaczy, biegnącej bez śladu zmęczenia, lekko, miękko i elastyczne niczym gepard.
Ciri nie oglądała się. Ale wiedziała, że ścigali ją długo. Do momentu, gdy ich własne konie zaczęły chrapać i rzęzić, potykać się i do ziemi niemal spuszczać wyszczerzone i spienione pyski. Dopiero wówczas zrezygnowali, posyłając za nią już tylko przekleństwa i bezsilne groźby.
Kelpie szła jak wicher.
Miejsce, do którego uciekła, było suche i wietrzne. Ostry, wyjący wiatr szybko suszył łzy na jej policzkach.
Była sama. Znowu sama. Sama jak palec.
Wędrowiec, wieczny tułacz, żeglarz zagubiony na bezkresnych morzach wśród archipelagu miejsc i czasów.
Żeglarz tracący nadzieję.
Wicher świstał i wył, toczył po spękanej ziemi kule zeschłych chwastów.
Wicher suszył łzy.
We wnętrzu czaszki chłodna jasność, w uszach szum, jednostajny szum, jak z pokrętnego wnętrza morskiej konchy. Mrowienie w karku. Czarna i mięciutka nicość.
Nowe miejsce. I
Archipelag miejsc.
— Dziś — powiedziała Nimue, otulając się w futro — będzie dobra noc. Czuję to.
Condwiramurs nie skomentowała, choć podobne zapewnienie słyszała już ładnych kilka razy. Bo nie pierwszy wieczór siadały na tarasie, mając przed sobą płonące zachodem jezioro, a za sobą magiczne zwierciadło i magiczny gobelin.
Z jeziora, zwielokrotnione toczącym się po tafli echem, dobiegały ich klątwy Króla Rybaka. Król Rybak często zwykł był słowem żwawszym podkreślać swe niezadowolenie z rybackich niepowodzeń — nieudanych zacięć, podcięć, holów czy i
— Czas — powiedziała Nimue — nie ma początku ani końca. Czas jest jak wąż Urobos, który chwycił zębami własny ogon. W każdym momencie kryje się wieczność. A wieczność składa się z chwil, które ją tworzą. Wieczność to archipelag chwil. Da się wśród tego archipelagu żeglować, choć nawigacja jest bardzo trudna, a zbłądzić jest niebezpiecznie. Dobrze jest mieć latarnię morską, której światłem można się kierować. Dobrze jest móc wśród mgły usłyszeć wołanie…
Zamilkła na chwilę.
— Jak kończy się interesująca nas legenda? Zdaje się nam, tobie i mnie, że wiemy, jak ona się kończy. Ale wciąż Urobos trzyma zębami własny ogon. Tak, jak legenda się skończy, rozstrzyga się teraz. W tej chwili. Zakończenie legendy będzie zależało od tego, czy i kiedy zagubiony wśród archipelagu chwil żeglarz dostrzeże światło latarni. Usłyszy wołanie.
Z jeziora doleciała klątwa, plusk, łomot wioseł w dulkach.
— Dziś będzie dobra noc. Ostatnia przed przesileniem letnim. Księżyc maleje. Słońce z Trzeciego przechodzi w Czwarty Dom, w znak Kozłoryby. Najlepszy czas na dywinację… Najlepszy czas… Skoncentruj się, Condwiramurs.
Condwiramurs, jak wiele razy poprzednio, posłusznie się skoncentrowała, wychodząc pomału w stan bliski autotransu.
— Poszukaj jej — powieziała Nimue. - Ona jest gdzieś tam wśród gwiazd, wśród księżycowego blasku. Wśród miejsc. Ona tam jest. Oczekuje pomocy. Pomóżmy jej, Condwiramurs.
Koncentracja, pięści przy skroniach. W uszach szum, jakby z wnętrza morskiej konchy. Błysk. I raptownie miękka i czarna nicość.
Było miejsce, w którym Ciri widziała płonące stosy. Przykrępowane łańcuchami do pali kobiety dziko i przeraźliwie wyły o litość, a zebrany dookoła tłum ryczał, śmiał się i tańczył. Było miejsce, w którym płonęło wielkie miasto, hucząc ogniem i tryskając płomieniami z zawalających się dachów, a czarny dym zakrywał całe niebo. Było miejsce, w którym ogromne dwunogie jaszczury walczyły ze sobą, a jaskrawa krew lała się spod kłów i pazurów.
Było miejsce, w którym setki jednakowych białych wiatraków młóciły niebo smukłymi skrzydłami. Było miejsce,w którym setki węży syczały i wiły się na kamieniach, chrobocząc i szeleszcząc łuską.
Było miejsce, w którym była ciemność, a w ciemności głosy, szepty i trwoga.
Były jeszcze i
Przenoszenie się z miejsca do miejsca szło jej już tak dobrze, że zaczęła eksperymentować. Jednym z niewielu miejsc, których się nie bała, były owe ciepłe wrzosowiska na skraju dzikiego lasu, te, nad którymi wschodziły dwa księżyce. Przywoławszy w pamięci widok tych księżyców i powtarzając w myśli, czego chce, Ciri skoncentrowała się, wytężyła, pogrążyła w nicości.
Udało się jej już za drugim razem.
Rozzuchwalona zdecydowała się na jeszcze śmielszy eksperyment. Było oczywiste, że oprócz miejsc odwiedzała równierz czasy, mówił o tym Vysogota, mówiły również o tym elfy, napomknęły jednorożce. Potrafiła przecież — chociaż nieświadomie — zrobić to już wcześniej! Gdy zraniono ją w twarz, uciekła prześladowcom w czasie, skoczyła cztery dni do przodu, potem Vysogota nie mógł się tych dni doliczyć, nic mu się nie zgadzało…
Może więc to była jej szansa? Skok w czasie?
Postanowiła spróbować. Płonące miasto dla przykładu, nie płonęło przecież wiecznie. A gdyby tak dostać się tam przed pożarem? Lub po nim?
Wpadła niemal w środek pożaru, osmalając sobie brwi i rzęsy i wzbudzając potworną panikę wśród uchodzących z płonącego miasta pogorzelców.
Uciekła na przyjazne wrzosowiska. Chyba nie warto tak ryzykować, pomyślała, licho wie, czym to się może skończyć. Z miejscami lepiej mi wychodzi, tedy trzymajmy się miejsc. Próbujmy dostać się do miejsc. Znanych miejsc, takich, które dobrze pamiętam. I takich, które mile mi się kojarzą.