Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 99

Rozdział szósty

Proces, wyrok i egzekucję Joachima de Wetta większość historyków zwykła przypisywać gwałtownej, okrutnej i tyrańskiej naturze cesarza Emhyra, nie brak też — zwłaszcza u autorów z ciągotami do beletrystyki — aluzyjnych hipotez o zemście i porachunkach najzupełniej prywatnych. Najwyższy czas powiedzieć prawdę — prawdę, która jest dla każdego uważnego badacza bardziej niż oczywista. Diuk de Wett dowodził grupą «Verden» w sposób, dla którego określenie «nieudolny» jest wybitnie za delikatne. Mając przeciw sobie dwakroć słabsze siły, ociągał się z ofensywą na północ, a całą aktywność obrócił na walkę z verdeńskimi gerylasami. Grupa «Verden» dopuszczała się wobec ludności niesłychanych okrucieństw. Skutek był łatwy do przewidzenia i nieunikniony: jeżeli w zimie siły insurgentów liczono na niecałe pół tysiąca ludzi, to wiosną powstał cały niemal kraj. Oddanego Cesarstwu króla Ervylla zgładzono, a na czele powstania stanął jego syn, królewicz Kistrin, sympatyzujący z Nordlingami. Mając na flance desanty piratów z Skellige, od czoła ofensywę Nordlingów z Cidaris, a na tyłach rebelię, de Wett zaplątał się w bezładne walki, ponosząc klęskę za klęską. Tym samym opóźniał ofensywę Grupy Armii "Środek" — miast, jak ustalono, wiązać skrzydło Nordlingów, grupa «Verden» wiązała Me

Nieudolność i głupota de Wetta miały też znaczenie psychologiczne. Prysł mit o niezwyciężonym Nilfgaardzie. Do armii Nordlingów zaczęli setkami napływać ochotnicy…

Jarre, co tu dużo gadać, był bardzo rozczarowany. Wychowane w świątyni i jego własna otwarta natura sprawiały, że wierzył w ludzi, w ich dobroć, życzliwość i bezinteresowność. Z wiary tej nie zostało wiele.

Przespał już dwie noce na dworze, w resztkach stogów, a teraz zanosiło się na to, że w podobny sposób spędzi noc trzecią. W każdej wsi, w której prosił o nocleg lub kawałek chleba, zza zawartych na głucho wierzei odpowiadało mu albo ciężkie milczenie, albo obelgi i groźby. Nic nie pomagało, gdy mówił, kim jest i w jakim celu wędruje.

Bardzo, bardzo rozczarowali go ludzie.

Zmierzchało szybko. Chłopiec raźno i dziarsko maszerował dróżką wśród pól. Wypatrywał stogu, zrezygnowany i przybity perspektywą kolejnej nocy pod gołym niebem. Marzec był, co prawda, wyjątkowo ciepły, ale nocą robiło się zimno. I naprawdę straszno.

Jarre spojrzał na niebo, na którym, jak co noc od nieomal tygodnia, widać było złoto-czerwoną pszczołę komety przemierzającej niebo z zachodu na wschód, ciągnącej za sobą migotliwy warkoczyk ognia. Zastanowił się, cóż też naprawdę może zwiastować to dziwne, wspominane w wielu proroctwach zjawisko.

Podjął marsz. Robiło się coraz ciemniej. Dróżka wiodła w dół, w szpaler gęstych krzaków przybierających w półmroku przerażające kształty. Z dołu, stamtąd, gdzie było jeszcze ciemniej, wiało zimnem, brzydkim zapachem butwiejącego zielska i czymś jeszcze. Czymś bardzo niedobrym.

Jarre zatrzymał się. Próbował wmówić sobie, że to, co pełza mu po grzbiecie i ramionach, to nie strach, lecz chłód. Bez efektu.

Brzegi obrośniętego łoziną i pokracznymi wierzbami kanału, czarnego i błyszczącego jak świeżo wylana smoła, spinał niski mostek. W miejscach, gdzie bale zgniły i zapadły się, mostek ział podłużnymi dziurami, balustrada była złamana, jej drągi zanurzone w wodzie. Za mostkiem wierzby rosły gęściej. Choć daleko było jeszcze do prawdziwej nocy, choć odległe łąki za kanałem wciąż jeszcze jaśniały wiszącym na czubkach traw przędziwem mgieł, wśród wierzb panowała ciemność. W mroku Jarre niewyraźnie widział ruiny jakiegoś budynku — zapewnie młyna, śluzy albo węgorzarni.

Muszę przejść przez ten mostek, pomyślał chłopiec. Trudno, darmo! Chociaż przez skórę czuję, że tam, w tym ćmoku, czai się coś niedobrego, muszę przejść na drugą stronę tego kanału. Muszę przekroczyć ten kanał, jak uczynił to ów mityczny wódz czy bohater, o którym czytałem w zetlałych manuskryptach w świątyni Melitele. Przekroczę kanał i wówczas… Jak to było? Karty będą rozdane? Nie, kości rzucone. Za mną zostanie moja przeszłość, przede mną rozpostrze się moja przyszłość…

Wkroczył na mostek i z miejsca wiedział, że przeczucie go nie myliło. Zanim jeszcze ich zobaczył. I usłyszał.

— A co? — charknął jeden z tych, którzy zastąpili mu drogę. - Nie mówiłem? Mówiłem, ino poczekać krzynę, a ktosik nadejdzie.

— Prawie, Okultich — drugi z uzbrojonych w grube pały typów seplenił lekko. - Iście za wróża albo wołchwa ci robić. No, przechodniu miły, samopas idący! Dasz, co tam masz, po dobroci, czy też nie obędzie się bez szarpaniny?

— Ja nic nie mam! — wrzasnął co sił w płucach Jarre, choć niewiele miał nadziei na to, że ktoś usłyszy i przybieży z pomocą. - Jestem ubogim wędrowcem! Nie mam grosza przy duszy! Co mam wam oddać? Ten kij? Odzienie?

— Też — powiedział ten sepleniący, a w głosie jego było coś, co sprawiło, że Jarre zadygotał. - Bo trza ci wiedzieć, ubogi wędrowcze, że tak po prawdzie to my tu, w potrzebie pilnej będący, dziewki jakiejś wyglądalim. No, ale noc już za pasem, nikt już nie przyjdzie, tedy na bezrybiu i rak ryba! Łapaj jego, zuchy!

— Ja mam nóż! - wrzasnął Jarre. - Ostrzegam!

Faktycznie, miał nóż. Gwizdnął go w świąty

— Mam nóż!

— Proszę, proszę — zadrwił ten sepleniący, zbliżając się. - Ma nóż. Kto by pomyślał.

Jarre nie mógł uciekać. Przerażenie sprawiło, że jego nogi zamieniły się w dwa wbite w ziemię słupy. Adrenalina capnęła go za gardło jak pętla arkanu.

— Hola! — krzyknął trzeci typek, młodym i dziwnie znajomym głosem. - Ja jego chyba znam! Tak, tak, znam go! Ostawcie, mówię, to znajomek! Jarre? Poznajesz mnie? Jestem Melfi! Hej, Jarre? Poznajesz?

— Poz… naję… - Jarre ze wszystkich sił walczył z paskudnym, przemożnym, nieznanym mu do tej pory uczuciem. Dopiero gdy poczuł ból biodra, którym grzmotnął o dyle mostu, zrozumiał, co to było za uczucie.

Uczucie tracenia przytomności.

— Oj, a to niespodzianka — powiedział Melfi. - Ot, traf nad trafy! Ot, swojaka zdarzyło się napotkać! Z Ellander znajomka! Druha! Co, Jarre?

Jarre przełknął kęs twardego i ciągliwego kawała słoniny, którym poczęstowała go jego dziwna kompania, zagryzł pieczoną rzepą. Nie odpowiedział, kiwnął tylko głową w stronę całej otaczającej ognisko szóstki.

— A dokąd to tobie droga Jarre?

— Do Wyzimy?

— Ha! Tam i nam do Wyzimy! Ot, traf nad trafy! Co, Milton? Pamiętasz Miltona, Jarre?

Jarre nie pamiętał. Nie był pewien, czy w ogóle widział go kiedykolwiek na oczy. Mielfi też zresztą lekko przesadzał, zwąc go druhem. Był to syn bednarza z Ellander. Gdy razem uczęszczali do przyświąty

— do Wyzimy idziem — kontynuował opowieść Melfi. - Do armii. Wszyscy my tu, jak mąż jeden, do wojska Owi tu, uważasz, Milton i Ograbek, kmieccy synowie, z łanowej powi

— Wiem — Jarre obrzucił spojrzeniem kmiecych synów, jasnowłosych, podobnych jak bracia, gryzących jakieś nierozpoznawalne opieczone w popiele pożywienie. - Jeden z dziesięciu łanów. Łanowy kontyngens. A ty, Melfi?

— Ze mną — westchnął bernardczyk — to, uważasz, jest tak: za pierwszym razem, gdy cechy miały dać rekruta, to mię ojciec wybronili od ciągnięcia gałki. Ale przyszła bieda, trza było losować wtóry raz, bo tak miasto uradziło… Wiesz przecie…

— Wiem — przytaknął znowu Jarre. - Uzupełniające losowanie kontyngensu rada miasta Ellander ustanowiła wilkierzem z dnia szesnastego stycznia. Było to konieczne w obliczu nilfgaardzkiego zagrożenia…

— Posłuchaj ino, Szczupak, jak on gada — wtrącił się charkliwie krępy i ostrzyżony do skóry typ, ten zwany Okultichem, który niedawno pierwszy okrzyknął go na moście. - Paniczyk! Mądrala jakiś!

— Mądruś! - zawtórował przeciągle drugi, wielki parob z wiecznie przylepionym do krągłej gęby głupawym uśmiechem. - Mądraliński!

— Zatknij się, Klaproth — zaseplenił wolno ten nazywany szczupakiem, najstarszy w kompanii, rosły, z obwisłym wąsem i podgolonym karkiem. - Skoro mądrala, godzi się posłuchać, gdy prawi. Spor z tego może być. Nauka. A nauka nigdy nikomu nie zaszkodziła. No, prawie nigdy. I prawie nikomu.

— Co prawda, to prawda — ogłosił Melfi. - On, Jarre znaczy, faktycznie niegłupi jest, czytaty jest i pisaty… Uczony! Onże przecie w Ellander za pisarczyka sądowego robi, a w chamie Melitele cały księgów zbiór w pieczy ma…

— Cóż tedy, ciekawość — przerwał Szczupak, wpatrzony w Jarre przez dym i iskry — taki sądowo-świąty

— Jak i wy — powiedział chłopiec — do wojska idę.

— A czego to — oczy Szczupaka błyszczały, odbijały blask jak oczy prawdziwej ryby w świetle łuczywa na dziobie czółna — czego to sądowo-świąty