Страница 32 из 40
Woźny był już z nami, drzwi do gabinetu zostały zamknięte, a ja – kiedy przypominam sobie dzisiaj te scenę, myślę że był to najpiękniejszy szept sceniczny, jaki kiedykolwiek słyszałem. Jedno tylko jest zastanawiające – dlaczego tym razem po wodę wysłano woźnego, nie zaś któregoś z nas? Pozostawieni bez stróża, nawet przy otwartych drzwiach gabinetu, mogliśmy ustalić, co potrzeba bez trudu i co do tego tamci nie mogli mieć wątpliwości. Chcieli za wszelką cenę zakończyć śledztwo? Może była to intryga M-skiego?
O M-skim myślałem w każdym razie przez cały czas długiej przerwy, gdy oni pili herbatę, a my siedzieliśmy w sekretariacie na składanych krzesłach, które okropnie gniotły w siedzenie.
M-ski miał teraz trudne zadanie, nie ulegało wątpliwości, że zrozumiał, o co chodzi. Niepostrzeżenie gra pomiędzy nami zamieniła się w grę moją i M-skiego i chociaż nigdy nie powiedziałem chłopakom o moim pierwszym w życiu szantażu, to gra ciągnęła się później przez całe lata po skończeniu szkoły i po śmierci Piotra też nie została zakończona, a nawet – jak myślę dzisiaj – trwać może do teraz w całkiem i
Z dużego pokoju na parterze, gdzie leżała Elka, udałem się do sypialni. Moje ręce przestały być skrzydłami Iła-14, pozostałe zaś członki w niczym nie przypominały jego srebrzystego kadłuba unoszącego czerwoną sukienkę. Obok łóżka stał mały, przenośny telewizor. Włączyłem go i nie zwracając uwagi na program wkładałem pidżamę Horsta, całkiem zrezygnowany. A wtedy na ekranie ujrzałem twarz M-skiego, uśmiechniętą i pełną, która odpowiadała na pytania reportera.
– Dlaczego tak późno zdecydował się pan na powrót do ojczyzny? – pytał dzie
– Och, to nie takie proste – odpowiadała twarz – ogólnie określiłbym to jako przyczyny polityczne.
– Czym zajmował się pan w Polsce?
– Badaniami naukowymi – mówiła twarz – aż konieczności uczyłem też w szkole.
– Dlaczego z konieczności?
– Bo moje badania, w których podkreślałem wyjątkowość flory i fauny – marszczyła się twarz -lasów otaczających Gdańsk, te badania nie znajdowały żadnego rozgłosu ani uznania.
– Czy po przyjeździe opublikował pan wyniki swoich prac naukowych?
– Niestety – twarz objawiała oznaki pewnego zniecierpliwienia – maszynopis został mi skonfiskowany na granicy.
– Dlaczego?
– Obawiam się, że również z przyczyn politycznych – odpowiedziała bez zająknienia twarz.
– A czym zajmuje się pan obecnie?
– Obecnie – twarz namyślała się przez chwilę – obecnie wykładam w szkole ogrodniczej przedmioty zawodowe.
– Czy kontynuuje pan teraz bez przeszkód pracę naukową?
– O tak – twarz uśmiechnęła się jak na reklamie coca-coli – bez żadnych przeszkód!
– I jakie badania prowadzi pan, jeśli można spytać?
– Prowadzę obserwację – twarz przybrała poważną minę – ginących gatunków motyli w Górnej Bawarii.
– Czy wyniki pańskich badań zostaną opublikowane?
– Tak – odpowiedziała twarz – niedługo!
Już zamierzałem wyłączyć telewizor i zamknąć twarz, przynajmniej na tę noc, gdy na ekranie ukazała się sylwetka kanclerza, pana Willy Brandta. Przemawiał w Bundestagu polemizując z tezami partii zielonych. – Nie wie pan nawet – powiedziałem głośno, bo nikogo nie było w pokoju – nie wie pan nawet, panie kanclerzu, jakiego oni teraz mają sojusznika!
I wyłączyłem telewizor, w obawie, aby z ekranu nie wyskoczyła nagle twarz, ta sama, co przed laty, z wąsami domalowanymi przez Weisera.
Odkrycie to przybiło mnie do reszty – i jak wspomniałem – następnego dnia byłem na powrót w Monachium u mego stryja, który miał piękny dom, trawnik i samochód, i nic ponad to. Zastanawiałem się, dlaczego pani o wyglądzie domowej gospodyni biła M-skiego po twarzy i nawet dzisiaj obraz ten budzi we mnie mieszane uczucia, bo jeśli M-ski latem chwyta ginące motyle w Dolnej czy Górnej Bawarii, na pewno umawia się tam z jakąś bawarską gospodynią i tak samo jak nad Strzyżą stoi nad górskim potokiem, który zagłusza plaskające uderzenia krzepkiej Niemki.
Co było dalej? Tak, uwierzyliśmy Weiserowi w jego bajeczkę. Jeśli nie chciał być wodzem ani piratem, to dlaczego nie miałby być artystą występującym w cyrku? Mój sen – jak rozumowałem wówczas – potwierdzał tylko takie przypuszczenia, Weiser jak nikt i
Weiser ani razu nie odwiedził mnie, kiedy przesiadywałem w domu, gdy zaś przychodziłem na jego wybuchy, słowem nie wracał do dziury w nodze i tego, co się wtedy stało. Czas płynął mi wolno i spokojnie, jak wszystkim w naszej dzielnicy podczas upalnego lata, gdy kurz czerwca, pył lipca i brud sierpnia ani razu nie spłynęły z liści kroplami wciąż upragnionego deszczu Z braku i