Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 28 из 40

– Możecie iść do domu – powiedział Weiser – na dzisiaj dosyć!

– A jutro będziemy strzelać, prawda? – zagadnął nieśmiało Szymek. Weiser nie odpowiedział, Elka za to wyskoczyła:

– Nie zawracajcie mu głowy – jakby Szymek zachował się niewłaściwie. – On ma ważniejsze sprawy od waszego strzelania! Macie słuchać i o nic nie pytać, jasne?

Czy można było coś dodać? Wieczorem, z braku i

– Mówię ci, on szykuje coś wielkiego.

– Niby co?

– Nie wiem, no, coś takiego, że całe miasto będzie o tym mówiło, a o nas napiszą w gazetach!

– Głupi! W gazetach nie piszą o takich jak my!

– To napiszą!

– A] e co on właściwie robi?

– Jakby nas złapali, to kryminał murowany!

– Za co?

– A broń to pies? A prądnica i wybuchy to pies? – Nie nasze przecież!

– Nasze nie nasze, byliśmy z nim!

– No to co on właściwie takiego zrobi? – Powstanie!

– Hę, powstanie! Powstanie to się robi w mieście, muszą być barykady!

– No to zrobi partyzantkę!

– Tylko z nami? Pięć osób to za mało.

– A skąd wiesz, że tylko z nami? Może on ma takich jak my na pęczki i tylko dla lepszej tajemnicy jedni nie wiedzą o drugich?

– No!

– A może on wysadzi bramę zoo i wszystkie klatki, i wypuści zwierzęta na wolność?

– Ale by było, lew idzie po Grunwaldzkiej!

– Nie idzie, tylko się rzuca na matkę z dzieckiem, a my wybiegamy – trach – nie ma lwa – trach – nie ma tygrysa – trach – nie ma czarnej pantery!

– Czarna pantera będzie dla niego!

– No dobra, załatwiamy wszystkie dzikie zwierzęta, a potem nas sfotografują w gazecie, wyobrażacie sobie? Uczniowie szkoły sześćdziesiątej szóstej uratowali przechodniów przed dzikimi zwierzętami!

– Ja myślę, że tu chodzi o statek!

– Jaki statek?

– Jak nas wyszkoli, porwiemy statek z portu! – Nie z portu, tylko z redy!

– Dobra, może być z redy i proszę bardzo – on pilnuje mostka, my kabiny i ładowni, i jazda – do Kanady!

– Do Afryki!

– Afryka nie, mówię ci, że do Kanady!

I tak pomiędzy partyzantką a porwaniem statku do Kanady upływał nam wieczór na strzelaniu do zardzewiałej puszki, coraz więcej kamieni zbierało się pod śmietnikiem, coraz mocniej naciągaliśmy rowerowe wentyle, aż zapadł zmierzch i trzeba było wracać do domu. Tylko dlaczego nie rozmawialiśmy o M-skim? Dlaczego nie mówiliśmy o jego spotkaniu z czarnowłosą kobietą nad potokiem, dlaczego nie zastanawiał nas widok nauczyciela w opuszczonych spodniach i kalesonach, bitego po twarzy, tego samego M-skiego, przed którym drżeliśmy na lekcjach przyrody i w czasie przerw, gdy przechodził zatłoczonym korytarzem? Może Weiser bliższy nam był niż sekrety M-skiego? A może nie znaliśmy jeszcze występku?

Tej nocy miałem wszakże sen, który pamiętam do dzisiaj, kolorowy jak film Disneya i bardzo niepokojący. Stałem nad brzegiem morza, prawdopodobnie o świcie, a z wody wychodziły jedno za drugim zwierzęta. Bestii takich na próżno by szukać w zoologicznym ogrodzie lub jakiejkolwiek książce o faunie zamorskich krajów. Najpierw, ociekając wodą, ukazał się skrzydlaty lew, zaraz za nim na piasek wyszedł ryczący niedźwiedź, trzymając w zębach kości, a dalej z zielonej toni wyłoniła się czarna pantera o czterech głowach, z ptasimi skrzydłami na grzbiecie. Korowód zamykało na j dziwaczniejsze monstrum – skrzyżowanie nosorożca z tygrysem, o wielkich stalowych zębiskach, mające niczym wynaturzony jeleń kilkanaście rogów. Ile ich wyrastało ze strasznego łba – nie pamiętam, może dziesięć, a może dwanaście, nie to zresztą było najważniejsze – zwierzęta rzuciły się na pobliskie domy rybaków, wyłamywały uderzeniami łap drzwi i okie

Bałem się tego snu tak bardzo, że nawet kiedy po raz ostatni klęczałem u kratek konfesjonału i proboszcz Dudak wydawał mi się ważny jak sam papież albo Święta Kongregacja do Spraw Wiary, nawet wtedy nie mogłem opowiedzieć mu o tych obrazach, które zapamiętałem na zawsze. Było to w styczniu siedemdziesiątego pierwszego roku, kiedy wiedziałem dokładnie, co stało się z Piotrem i jak wyglądał jego pogrzeb. Nie przyszedłem wtedy spowiadać się z grzechów, klęczałem jednak jak zawsze pełen pokory i skruchy wobec majestatu.

– Nie gorączkuj się synu, wyroki Opatrzności są niezbadane i nie nam, doprawdy, zgłębiać ich sens i znaczenie – mówił proboszcz, a ja czułem jego kwaśny, starczy oddech i coraz bardziej wzrastał we mnie ślepy gniew i rozpacz.

– Czy oznacza to, ojcze – pytałem – że Bóg chciał jego śmierci?

– Nigdy nie można tak powiedzieć, nigdy – wyrzucił z siebie jednym tchem, a ja pytałem dalej:

– A przecież, ojcze, wszystko dzieje się z woli Boga, więc i ta śmierć jakoś była mu potrzebna, czy nie tak?

– Od miecza ginie, kto mieczem wojuje – dobiegł głos zza kratek.

I wtedy nie mogłem już powstrzymać żalu; krzycząc prawie na całe gardło, aż wypłoszyły się wszystkie podsłuchujące dewotki:

– To nie może być, ojcze, Piotr z nikim nie wojował i nie podniósł nawet kamienia, sam ojciec wie, jak to się stało, właściwie przypadkiem.

– A czego ty właściwie chcesz – przerwał mi proboszcz Dudak – nie ma przypadków, gdzie rządzi Bóg. Czego byś chciał? Żebym ja, jego sługa, wyjawiał tobie, który jesteś prochem Jego tajemnice? Z jakich to powodów miałby On tobie wyjawiać swoje zamiary? Grzeszysz, mój synu, pychą, a ciężki to grzech, więksi od ciebie pytali, a im nie odpowiedział. Znasz księgę Hioba? Ile ty przecierpiałeś w porównaniu z nim, że śmiesz tak pytać i jeszcze unosisz się gniewem? Tu trzeba ducha pokory, mój synu, pokory i cierpliwości nam wszystkim trzeba! Ot co!

– Nie brak mi pokory, ojcze – odpowiedziałem już ciszej – dlaczego jednak niesprawiedliwy chodzi w chwale, szydząc z prawości bogobojnego!? I czy nie można tego zmienić?

– Zapłata wasza obfita będzie w niebiesiech, a do polityki nie mieszaj się!

– Piotr się nie mieszał!

– Nie tobie, synu, wyrokować o sądach pańskich, czy jeszcze masz jakieś grzechy?

– Nie mam żadnych, ojcze, przyszedłem zapytać tylko, dlaczego coraz mniej we mnie wiary.

– Zgrzeszyłeś zatem – przerwał mi znów, poruszając się na swoim siedzeniu – nie tylko pychą, ale zwątpieniem! Przestań już myśleć o swoim przyjacielu i módl się.

– Nie mogę – przetrwałem teraz ja – nie mogę, ojcze, im więcej myślę, tym mniej we mnie wiary!

– Żałuj za swoje grzechy!

– Nie mogę!

– Proś Boga o przebaczenie!

– Nie znajduję w sobie winy, ojcze!

– Szatan czyha na ciebie, synu, proś przebaczenia! – Nie mogę, nie mogę, nie mogę!

I krzycząc wybiegłem z kościoła, bo przed oczami raz jeszcze zobaczyłem scenę ze snu o pogromcy dzikich bestii na jelitkowskiej plaży.

Znów więc Weiser powrócił do mnie – między kratkami konfesjonału. Być może był to jeszcze jeden podstęp dla zmylenia uwagi, to wtargnięcie niespodziewane w najintymniejszą sferę życia, do tego jednak przyjdzie mi jeszcze wrócić. Leżałem więc na tapczanie, przebudzony po koszmarnym śnie, matka chrapała zmęczona wczorajszym praniem, a z łazienki dobiegł mnie odgłos spuszczanej wody. Pomyślałem sobie, że dzisiaj Weiser sprawdzi na pewno, jakie postępy uczyniliśmy w trudnej sztuce ogniowej i ucieszyłem się na samą myśl odwiedzenia nieczy