Страница 21 из 40
– Elka, nie gniewaj się, my tylko tak – i głos uwiązł mu w gardle, bo między deskami coś poruszyło się nieznacznie.
– Czy macie jakieś światło – głos Weisera nie zdradzał oznak gniewu ani zniecierpliwienia. – Jak macie, to poświećcie!
Szymek wydobył z kieszeni zapalniczkę benzynową, ukradzioną starszemu bratu jeszcze na początku wakacji i nikły płomień rozświetlił wnętrze piwnicy. Drewniane schody były w połowie złamane i żeby wydostać się stąd, trzeba było przystawić do ściany prowizorycznie skleconą drabinę. Pracą komenderował Weiser, a kiedy wszyscy byliśmy już na górze, spojrzał na nas i spytał:
– A umiecie trzymać język za zębami? Zamiast słów odpowiedziały mu kiwnięcia głowy.
– No dobrze – mówił dalej po chwili wyczekiwania – skoro tak, to przyjdźcie tu jutro o szóstej, ale tylko we trzech, jasne?
I tak oto, w nieoczekiwany sposób, osiągnęliśmy swój cel – Weiser bowiem zaproponował nam spotkanie. Dziwne, ale gdy wracaliśmy tą samą drogą w kierunku Brętowa, żaden z nas nie chciał rozmawiać o tym, co zobaczyliśmy w nieczy
– Chryste – powiedział po raz drugi Szymek – gwiazdy spadają! – Ale to nie były gwiazdy. Chmara świętojańskich robaczków unosiła się ponad nami jak deszcz złotych drobin i było tak cicho, że słyszeliśmy własne oddechy. – Myślałem – dodał Szymek – że one świecą tylko w czerwcu.
I rzeczywiście było w tym coś dziwnego. Nigdy przedtem ani później nie widziałem już w naszej okolicy takiej masy świetlików w lipcową noc.
– To są dusze zmarłych – szepnął z absolutną powagą Piotr – i dlatego świecą.
– Dusze zmarłych w latających robakach?! – żachnął się Szymek; – Kto ci o tym mówił?
Lecz Piotr nie był skory do zwierzeń. Dopiero na kolejowym nasypie, bliżej kościoła powiedział mniej więcej tyle, że pokutujące dusze, kiedy uda się im wejść w ciało owada, zaczynają świecić. Ale robaki nie wytrzymują czegoś takiego długo i umierają, dlatego też świetliki można zobaczyć tylko przez krótki czas, na początku lata. – Te dusze – wyjaśnił Piotr – muszą być wielkich grzeszników i świecą dłużej niż zwykle.
Szymek był oburzony, jakby chodziło o jego lornetkę albo przepisy piłkarskie.
– Głupi jesteś – protestował głośno – duszy nie można zobaczyć, bo jest niewidzialna! Co mówił ksiądz Dudak na religii? No co?
– Że dusza jest nieśmiertelna – bronił się Piotr – ale nie powiedział wcale, że nie można jej zobaczyć!
– Wcale nie, mówił, że jest nieśmiertelna i niewidzialna, jedno i drugie tak samo ważne, tak? – Z tym pytaniem Szymek wyskoczył nagle do mnie, biorąc mnie na świadka. Nie byłem pewien, jak z tym jest, tak samo zresztą jak dzisiaj – czy można zobaczyć duszę? Jeśli można, to kiedy ktoś umiera, powi
– Ksiądz proboszcz Dudak – powiedziałem – też tego nie wie, a mówi tak, bo…
– Bo co? – No właśnie, dlaczego tak mówi? – przerywali mi niecierpliwie.
– Mówi tak – wyjaśniłem dalej – bo tak nauczyli go w seminarium i tak każe mówić ksiądz biskup, a proboszcz musi we wszystkim słuchać biskupa, zupełnie jak w wojsku.
– Jak to – zezłościli się obaj, to ksiądz może tego nie wiedzieć?
– Tego się nigdy nie wie – stwierdziłem pewnym głosem – dopiero jak się umrze, można to sprawdzić.
Spojrzeliśmy na cmentarz mijany po prawej ręce. Kawałki figur i rozbite nagrobki wyglądały teraz jak pochyleni, modlący się ludzie.
– To okropne – westchnął Szymek – umierać, żeby się czegoś pewnego dowiedzieć, nie? – Pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem.
W tym samym momencie dzwony brętowskie rozkołysały się poruszone czyjąś ręką i przez las, w środku nocy jak na trwogę przeleciał potężny głos. – Chryste – powiedział, a właściwie krzyknął trzeci taż Szymek – ktoś jest na cmentarzu! – Nie, nie napiszę teraz – serca struchlały nam ze zgrozy – albo – duszę mieliśmy na ramieniu – lub jeszcze lepiej – serce podeszło mi do gardła. Nie napiszę, ponieważ takie rzeczy daje się do książek, takie rzeczy i takie sceny, doskonale pasujące do edukacyjnej powieści. W pierwszym momencie pomyślałem, że to Weiser bawi się z nami, chcąc wypróbować, czy nie czmychniemy przypadkiem przez Bukową Górkę do domu. Idąc na skróty mógł tu być kwadrans wcześniej. Zaraz jednak przyszła mi myśl druga, zgoła trzeźwiejsza – to nie było w stylu Weisera, ten nocny alarm dzwonów, wciskający się między sosny, huczący pod roziskrzoną kopułą nieba, skandalicznie głośny i rozdzierający ciszę rozgrzanego powietrza. W istocie, nie był to pomysł Weisera i nie jego ręka ciągnęła wszystkie trzy sznury między spróchniałymi belkami dzwo
Ruszyliśmy śladem kościelnego ledwie widzialną ścieżką, która gubiła się wśród rozrośniętych pokrzyw i paproci. Żółtoskrzydły miał ze trzydzieści metrów przewagi i lepiej orientował się w terenie. Skakał od kępy do kępy, chował się między nagrobkami, a kiedy myśleliśmy, że zniknął w jednym z nich, wyskakiwał nagle jak spod ziemi i rwał do przodu. Wyraźnie bawił cię z kościelnym. Wreszcie dotarł na skraj cmentarza, stanął na pękniętej płycie i krzyknął w stronę pościgu: – Eeeee – eeee – eche – eche – eeeee!!! – Kościelny przyśpieszył. Ale Żółtoskrzydły był już daleko. Biegł w stronę pierwszych zabudowań Brętowa, gdzie rozbudzeni ludzie przez otwarte okna wypatrywali przyczyny, nocnego rontu. – Ludzie! – Ludzieee! – krzyczał kościelny. – Łapcie go, chwytajcie wariata, trzymajcie go! – I coraz więcej okien rozjaśniało się, jakby wybuchł pożar albo zaczynała wojna.