Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 43

– Skąd wiesz!?

Nie odwrócił się. Stał przy samej ścianie, dotykając jej piersią, tak jak trafiły go moje słowa.

– Bezpośrednio przed moim lądowaniem… Niedługo przedtem…?

Skurczył się jak od uderzenia. Zobaczyłem jego oszalałe oczy.

– Ty?!!! - wykrztusił - kto TY jesteś!?

Wyglądał, jakby się chciał na mnie rzucić. Tego nie oczekiwałem. Sytuacja stanęła na głowie. Nie wierzył, że jestem tym, za kogo się podaję? Co to miało znaczyć!? Patrzał na mnie z najwyższym przerażeniem. Czy to był już obłęd? Zatrucie? Wszystko stawało się możliwe. Ale widziałem ją - tę stworę, a zatem i ja sam… także…?

– Kto to był? - spytałem. Słowa te uspokoiły go. Przez chwilę patrzał na mnie badawczo, jakby mi jeszcze nie dowierzał. Wiedziałem już, że to fałszywe pociągnięcie i że mi nie odpowie, nim jeszcze otworzył usta.

Usiadł powoli na fotelu i ścisnął głowę rękami.

– Co tu się dzieje…? - powiedział cicho. - Maligna…

– Kto to był? - spytałem raz jeszcze.

– Jeżeli nie wiesz… - mruknął.

– To co?

– To nic.

– Snaut - powiedziałem - jesteśmy dostatecznie daleko od domu. Zagrajmy w otwarte karty. Wszystko jest i tak pogmatwane.

– O co ci chodzi?

– Żebyś powiedział, kogo widziałeś.

– A ty…? - rzucił podejrzliwie.

– Gonisz w piętkę. Powiem ci i ty mi powiesz. Możesz być spokojny, nie wezmę cię za wariata, bo wiem…

– Za wariata! Wielki Boże! - próbował się roześmiać. - Człowieku, ależ ty nic, zupełnie nic… ależ to byłoby zbawieniem. Gdyby on przez chwilę uwierzył, że to obłęd, nie zrobiłby tego, żyłby…

– Więc to, co napisałeś w protokole o rozstroju, jest kłamstwem?

– Oczywiście!

– Dlaczego nie napiszesz prawdy?

– Dlaczego…? - powtórzył.

Zapadło milczenie. Znowu byłem w zupełnej ciemności, nie pojmowałem niczego, a przez chwilę zdawało mi się, że uda mi się go przekonać i wspólnymi siłami zaatakujemy zagadkę. Dlaczego, dlaczego nie chciał mówić?!

– Gdzie są automaty? - odezwałem się.

– W magazynach. Zamknęliśmy wszystkie z wyjątkiem obsługi lotniska.

– Dlaczego?

Znowu nie odpowiedział.

– Nie powiesz?

– Nie mogę.

Był w tym jakiś element, którego nie umiałem pochwycić. Może pójść na górę, do Sartoriusa? Naraz przypomniałem sobie kartkę i to wydało mi się w tej chwili najważniejsze.

– Czy wyobrażasz sobie dalszą pracę w takich warunkach? - spytałem. Wzruszył pogardliwie ramionami.

– Cóż to ma za znaczenie?

– Ach tak? Więc co masz zamiar robić? Milczał. W ciszy dał się słyszeć daleki odgłos bosego stąpania. Pośród niklowych i plastykowych aparatów, wysokich szaf z elektronową aparaturą, szkieł, precyzyjnych aparatów ów człapiący, rozlazły chód brzmiał jak błazeńska sztuczka kogoś niespełna rozumu. Stąpanie zbliżało się. Wstałem, obserwując z największym napięciem Snauta. Nasłuchiwał z oczami zmrużonymi w szparki, ale wcale nie wydawał się przestraszony. A więc nie jej się bał??

– Skąd się wzięła? - spytałem. A gdy zwlekał: - Nie chcesz powiedzieć?

– Nie wiem.

– Dobrze.

Stąpanie oddaliło się i ucichło.

– Nie wierzysz mi? - powiedział. - Daję ci słowo, że nie wiem.

Milcząc otworzyłem szafę ze skafandrami i zacząłem rozpychać ich ciężkie, puste powłoki. Jak się tego spodziewałem, w głębi, na hakach, wisiały pistolety gazowe, służące do poruszania się w bezgrawitacyjnej próżni. Nie były wiele warte, ale stanowiły przecież jakąś broń. Wolałem taką od żadnej. Sprawdziłem ładownicę i przewiesiłem przez ramię rzemyk futerału. Snaut obserwował mnie bacznie. Kiedy regulowałem długość rzemyka, pokazał żółte zęby w szyderczym uśmiechu.

– Szczęśliwych łowów! - powiedział.

– Dziękuję ci za wszystko - odparłem, idąc do drzwi. Zerwał się z fotela.

– Kelvin!

Popatrzyłem na niego. Już się nie uśmiechał. Nie wiem, czy widziałem kiedy tak umęczoną twarz.

– Kelvin, to nie jest… ja… naprawdę nie mogę - wybełkotał. Czekałem, czy jeszcze coś powie, ale tylko poruszał ustami, jakby chciał coś z nich wyrzucić.

Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa.