Страница 27 из 43
– Grzęźniemy, Kelvin. Z Sartoriusem nie mogę się już połączyć, wiem tyle, co ci napisałem, co mi powiedział po tej naszej małej kochanej konferencji…
– Wyłączył wizofon? - spytałem.
– Nie. Jest tam u niego zwarcie. Zdaje się, że zrobił je umyślnie albo… - wykonał ruch pięścią, jakby coś rozbijał. Patrzałem na niego bez słowa. Lewy kąt ust podniósł mu się w nieprzyjemnym uśmiechu.
– Kelvin, przyszedłem, bo… Nie dokończył.
– Co masz zamiar robić?
– Chodzi ci o ten list…? - odparłem powoli. - Mogę to zrobić, nie widzę powodu do odmowy, właśnie dlatego tu siedzę, chciałem się zorientować…
– Nie - przerwał. - Nie o to…
– Nie…? - powiedziałem udając zaskoczenie. - Więc słucham.
– Sartorius - mruknął po chwili. - Wydaje mu się, że znalazł drogę… wiesz.
Nie spuszczał ze mnie oczu. Siedziałem spokojnie, starając się przybrać obojętny wyraz twarzy.
– Najpierw jest ta historia z rentgenem. To, co Gibarian robił z nim, pamiętasz. Możliwa jest pewna modyfikacja…
– Jaka?
– Posyłali po prostu wiązkę promieni w ocean i modulowali tylko jej natężenie według rozmaitych wzorów.
– Tak, wiem o tym. Nilin już to robił. I cała masa i
– Tak, ale stosowali miękkie promieniowanie. To było twarde, pakowali w ocean wszystko, co mieli, całą moc.
– To może mieć nieprzyjemne konsekwencje - zauważyłem. - Naruszenie konwecji czterech i ONZ.
– Kelvin… nie udawaj. Przecież to nie ma teraz żadnego znaczenia. Gibarian nie żyje.
– Aha, Sartorius chce zwalić wszystko na niego?
– Nie wiem. Nie mówiłem z nim o tym. To nieważne. Sartorius uważa, że skoro „gość” pojawia się zawsze tylko wtedy, kiedy się budzisz, to widocznie on wyciąga z nas receptę produkcyjną podczas snu. Sądzi, że najważniejszy nasz stan - to właśnie sen. Dlatego tak postępuje. Więc Sartorius. chce przesłać mu naszą jawę - myśli z czuwania - rozumiesz?
– W jaki sposób? Pocztą?
– Dowcipy oprawisz sobie osobno. Ten pęk promieni będzie modulowany prądami mózgowymi któregoś z nas.
Naraz rozjaśniło mi się w głowie.
– Aha - powiedziałem. - Ten ktoś to ja. Co?
– Tak. On myślał o tobie.
– Serdeczne dzięki.
– Co ty na to?
Milczałem. Nic nie mówiąc popatrzał powoli na zatopioną w lekturze Harey i wrócił oczyma do mojej twarzy. Czułem, jak blednę. Nie miałem nad tym władzy.
– Więc jak…? - powiedział. Wzruszyłem ramionami.
– Te rentgenowskie kazania o wspaniałości człowieka uważam za błazeństwo. I ty też. Może nie?
– Tak?
– Tak.
– To bardzo dobrze - powiedział i uśmiechnął się, jak gdybym spełnił jego życzenie. - Więc jesteś przeciwny tej historii Sartoriusa.
Nie pojmowałem jeszcze, jak to się stało, ale z jego spojrzenia wyczytałem, że zaprowadził mnie tam, dokąd chciał. Milczałem, cóż mogłem teraz powiedzieć?
– Doskonale - rzekł. - Bo jest jeszcze drugi projekt. Żeby przebudować aparaturę Roche'a.
– Anihilator…?
– Tak. Sartorius przeprowadził już wstępne obliczenia. To jest realne. I nie będzie nawet wymagać dużej mocy. Aparat będzie czy
– Cze… czekaj! Jak to sobie wyobrażasz?!
– Bardzo prosto. To będzie antypole neutrinowe. Zwykła materia pozostaje bez zmian. Unicestwieniu ulegają tylko… układy neutrino we. Rozumiesz?
Uśmiechał się z satysfakcją. Siedziałem z półotwartymi ustami. Powoli przestał się uśmiechać. Patrzał na mnie badawczo, ze zmarszczonym czołem i czekał.
– Pierwszy projekt „Myśl” odrzucamy zatem. Co? Drugi? Sartorius już w tym siedzi. Nazwiemy go „Wolność”.
Zamknąłem na chwilę oczy. Nagle zdecydowałem się. Snaut nie był fizykiem. Sartorius wyłączył czy zniszczył wizofon. Bardzo dobrze.
– Ja bym go nazwał raczej „Rzeźnia”… - powiedziałem wolno.
– Sam byłeś rzeźnikiem. Może nie? A teraz to będzie coś zupełnie i
– To nieporozumienie - odparłem kręcąc głową z uśmiechem, miałem nadzieję, że był dostatecznie naturalny. - To nie są skrupuły moralne, tylko instynkt samozachowawczy. Ja nie chcę umierać, Snaut.
– Co…?
Był zaskoczony. Patrzał na mnie podejrzliwie. Wyciągnąłem z kieszeni zmiętą kartkę ze wzorami.
– Ja też myślałem o tym. Dziwi cię to? Przecież to ja pierwszy wysunąłem neutrinową hipotezę, może nie? Popatrz. Antypole można wzbudzić. Dla zwykłej materii jest nieszkodliwe. To prawda. Ale w momencie destabilizacji, kiedy układ neutrinowy się rozpada, wyzwolona zostaje jako nadwyżka energia jego wiązań. Przyjmując na jeden kilogram masy spoczynkowej dziesięć do ósmej ergów otrzymujemy dla jednego tworu F - pięć do siedmiu razy dziesięć do ósmej. Wiesz, co to oznacza? Równoważność małego ładunku uranowego, który wybucha wewnątrz Stacji.
– Co ty mówisz! Ale… ależ Sartorius musiał wziąć to pod uwagę…
– Niekoniecznie - zaprzeczyłem ze złośliwym uśmiechem. - Widzisz, chodzi o to, że Sartorius jest ze szkoły Frazera i Cajolli. Według nich cała energia wiązań w chwili rozpadu zostaje wyzwolona pod postacią promieniowania świetlnego. Byłby to po prostu silny błysk, nie całkiem może bezpieczny, ale nie niszczący. Istnieją jednak i
– Daj mi tę kartkę, Kelvin… Podałem mu ją. Przechylił głowę, usiłując odczytać moje gryzmoły.
– Co to jest? - pokazał palcem. Wziąłem od niego kartkę.
– To? Tensor transmutacji pola.
– Daj mi to…
– Po co ci? - spytałem. Wiedziałem, co odpowie.
– Muszę pokazać Sartoriusowi.
– Jak chcesz - odparłem obojętnie. - Mogę ci to dać. Tylko widzisz, tego nikt nie zbadał eksperymentalnie, nie znaliśmy jeszcze takich układów. On wierzy we Frazera, a ja obliczałem według Siony. Powie ci, że nie
jestem fizykiem i Siona też nim nie jest. Przynajmniej w jego rozumieniu. Ale to kwestia do dyskusji. Nie życzę sobie dyskusji, w której wyniku mogę wyparować ku większej chwale Sartoriusa. Ciebie mogę przekonać, jego nie. I nie będę próbował.
– Więc co chcesz zrobić…? On pracuje nad tym - bezbarwnym głosem powiedział Snaut. Zgarbił się, całe jego ożywienie znikło. Nie wiedziałem, czy mi ufa, ale było mi już wszystko jedno.
– To, co robi człowiek, którego usiłują zabić - odpowiedziałem cicho.
– Spróbuję skontaktować się z nim. Może myśli o jakichś zabezpieczeniach - mruknął Snaut. Podniósł na mnie oczy: - Słuchaj, a gdyby jednak…? Ten pierwszy projekt. Co? Sartorius zgodzi się. Na pewno. To jest… w każdym razie… jakaś szansa…
– Wierzysz w to?
– Nie - odparł natychmiast. - Ale… cóż to szkodzi?
Nie chciałem się zbyt szybko zgodzić, na tym mi właśnie zależało. Stawał się moim sojusznikiem w grze na zwłokę.
– Namyślę się - powiedziałem.
– No, to pójdę - mruknął wstając. Wszystkie kości zatrzeszczały mu, kiedy podnosił się z fotela. - Więc dasz sobie zrobić encefalogram? - spytał, pocierając palcami powierzchnię fartucha, jakby usiłował z niej zetrzeć niewidzialną plamę.
– Dobrze - powiedziałem. Nie zwracając uwagi na Harey (patrzała na tę scenę, milcząc, z książką na kolanach), podszedł do drzwi. Kiedy zamknęły się za nim, wstałem. Rozpostarłem trzymaną w ręku kartkę. Wzory były rzetelne. Nie sfałszowałem ich. Nie wiem tylko, czy Siona przyznałby się do mojego rozwinięcia. Raczej nie. Drgnąłem. Harey podeszła do mnie z tyłu i dotknęła mego ramienia.
– Kris!
– Co, kochanie?
– Kto to był?
– Mówiłem ci. Doktor Snaut.
– Co to za człowiek?
– Mało go znam. Dlaczego pytasz?
– Tak na mnie patrzał…
– Pewno mu się podobałaś.
– Nie - potrząsnęła głową. - To nie był ten rodzaj spojrzenia. Patrzał na mnie, jak… jakby…
Wzdrygnęła się, podniosła na mnie oczy i spuściła je zaraz.
– Chodźmy gdzieś stąd…