Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 43

Harey

Obliczenia przeprowadzałem z jakąś milczącą zaciekłością i ona tylko trzymała mnie na nogach. Byłem tak otępiały ze zmęczenia, że nie potrafiłem rozłożyć łóżka w kabinie i zamiast zwolnić górne uchwyty, ciągnąłem za poręcz, aż cała pościel zwaliła się na mnie; kiedy je nareszcie opuściłem, zrzuciłem ubranie i bieliznę na podłogę, po czym półprzytomny padłem na poduszkę; nawet jej porządnie nie nadąłem. Zasnąłem przy świetle ani wiem kiedy. Otwierając oczy, miałem wrażenie, że spałem ledwo kilka minut. Pokój stał w chmurnym czerwonym blasku. Było mi chłodno i dobrze. Leżałem nagi, niczym nie przykryty. Naprzeciw łóżka, pod oknem, które było odsłonięte do połowy, w świetle czerwonego słońca siedział ktoś na krześle. Była to Harey, w białej plażówce, nogę miała założoną na nogę, bosa, ciemne włosy sczesane w tył, cienki materiał napinał się na piersiach, opalone do łokci ręce opuściła i patrzała na mnie nieruchomo spod swoich czarnych rzęs. Przypatrywałem się jej długo, całkiem spokojnie. Pierwszą moją myślą było: „jak to dobrze, że to jest taki sen, w którym się wie, że się śni”. Mimo to wolałbym, żeby znikła. Zamknąłem oczy i zacząłem życzyć sobie tego bardzo intensywnie, ale kiedy je otworzyłem, siedziała tak samo, jak przedtem. Wargi miała złożone po swojemu, jak do gwizdnięcia, ale w oczach nie było nic z uśmiechu. Przypomniałem sobie to wszystko, co myślałem o snach poprzedniego wieczoru, przed zaśnięciem. Wyglądała dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedym ją ostatni raz widział żywą, a miała przecież wtedy dziewiętnaście lat; teraz musiałaby mieć dwadzieścia dziewięć, ale naturalnie nic się nie zmieniła - umarli pozostają młodzi. Miała te same dziwiące się wszystkiemu oczy i patrzała na mnie. Rzucę w nią czymś - pomyślałem - ale chociaż to był tylko sen, nie mogłem się jakoś zdobyć na to, żeby - nawet we śnie - ciskać rzeczami w umarłą.

– Biedna mała - powiedziałem - przyszłaś mnie odwiedzić, co?

Trochę się przeląkłem, bo głos mój zabrzmiał tak prawdziwie, a cały pokój i Harey - wszystko przedstawiało się tak realnie, jak tylko można sobie wyobrazić.

Jaki plastyczny sen, mało że kolorowy, widzę tu na podłodze sporo rzeczy, których wczoraj kładąc się nawet nie zauważyłem. Kiedy się zbudzę - myślałem - będę musiał sprawdzić, czy one naprawdę tu leżą, czy też są tylko wytworem snu jak Harey…

– Czy długo masz tak zamiar siedzieć…? - spytałem i zauważyłem, że mówię cicho, jakbym się bał, że mnie ktoś posłyszy, jak gdyby ktokolwiek mógł podsłuchać, co się dzieje we śnie!

Tymczasem słońce już się trochę podniosło. No, pomyślałem, dobre i to. Kładłem się podczas czerwonego dnia, potem powinien być niebieski, a potem dopiero drugi czerwony dzień. Ponieważ nie mogłem bez przerwy spać przez piętnaście godzin, to jest na pewno sen!

Uspokojony, przyjrzałem się dobrze Harey. Oświetlona była od tyłu; promień przechodzący przez szparę firanki złocił aksamitny puszek na jej lewym policzku, a rzęsy rzucały na twarz długi cień. Była śliczna. Proszę, pomyślałem, jaki skrupulatny jestem nawet poza jawą: i ruchu słońca pilnuję, i tego, żeby miała ten swój dołek tam, gdzie nikt i

Zebrałem się w sobie, żeby wyskoczyć z łóżka; byłem przygotowany na to, że mi się nie uda, we śnie bardzo często nie panuje się nad własnym ciałem, które jest jakby sparaliżowane czy też nieobecne, liczyłem raczej na to, że się od tego zamiaru zbudzę. Nie zbudziłem się jednak, tylko usiadłem z nogami spuszczonymi na podłogę. Nie ma rady, muszę to dośnić do końca - pomyślałem, ale dobry nastrój uleciał bez śladu. Bałem się.

– Czego chcesz? - spytałem. Głos miałem ochrypły i musiałem odchrząknąć.

Odruchowo poszukałem bosymi nogami pantofli i zanim sobie przypomniałem, że nie mam tu żadnych pantofli, tak się uderzyłem w palec, że syknąłem. No, teraz będzie koniec! - pomyślałem z satysfakcją.

Ale w dalszym ciągu nic się nie stało. Harey cofnęła się, kiedy usiadłem. Plecami oparła się o poręcz łóżka. Sukienka drgała delikatnie tuż pod koniuszkiem lewej piersi, w takt bijącego serca. Przypatrywała mi się ze spokojnym zainteresowaniem. Pomyślałem, że najlepiej będzie wziąć prysznic, przyszła jednak refleksja, że prysznic, który się śni, nie może przecież zbudzić.

– Skąd się tu wzięłaś? - spytałem.

Podniosła moją rękę i zaczęła ją podrzucać starym gestem, podbijała opuszki moich palców i chwytała je.

– Nie wiem - powiedziała - czy to źle?

I głos był ten sam, niski, i ton roztargnienia. Zawsze mówiła, jakby nie bardzo dbając o wypowiadane słowa, jakby zajęta już czymś i

– Czy… ktoś cię widział?

– Nie wiem. Przyszłam zwyczajnie. Czy to ważne, Kris?

Wciąż bawiła się moją ręką, ale jej twarz nie brała już w tym udziału. Nachmurzyła się.

– Harey…?

– Co, miły?

– Skąd wiedziałaś, gdzie jestem?

To ją zastanowiło. W uśmiechu - miała tak ciemne wargi, że kiedy jadła wiśnie, nie było tego znać - pokazała koniuszki zębów.

– Pojęcia nie mam. To śmieszne, nie? Spałeś, jak weszłam, ale cię nie zbudziłam. Nie chciałam cię budzić, bo jesteś złośnik. Złośnik i nudziarz - w takt tych słów podrzuciła energiczniej moją dłoń.

– Byłaś na dole?

– Byłam. Uciekłam stamtąd; tam jest zimno.

Puściła moją rękę. Kładąc się bokiem, rzuciła głową w tył, żeby całe włosy przesypały się na jedną stronę, i spojrzała na mnie z tym półuśmiechem, który wtedy dopiero przestał mnie drażnić, kiedy ją pokochałem.

– Przecież… Harey… przecież… - bełkotałem.

Pochyliłem się nad nią i uniosłem krótki rękaw sukienki. Tuż nad podobnym do kwiatka znakiem szczepienia ospy czerwieniał drobny ślad po nakłuciu. Chociaż się tego spodziewałem (bo wciąż całkiem odruchowo poszukiwałem strzępów logiki w niemożliwości) - zrobiło mi się mdło. Dotknąłem palcem tej ranki po zastrzyku, który śnił mi się potem latami, że budziłem się z jękiem na potarganej pościeli, zawsze w tej samej pozie, skurczony niemal we dwoje, tak jak ona leżała, kiedy ją znalazłem już prawie zimną - bo usiłowałem we śnie zrobić to samo co ona, jak gdybym chciał w ten sposób przebłagać jej pamięć czy towarzyszyć jej w tych ostatnich minutach, kiedy poczuła już działanie zastrzyku i musiała się bać. Bała się przecież nawet zwykłego skaleczenia, nie mogła nigdy znieść bólu ani widoku krwi i naraz zrobiła taką straszną rzecz, zostawiwszy pięć słów na kartce adresowanej do mnie. Miałem ją w papierach, nosiłem przy sobie stale, wyświechtaną, rozpadającą się wzdłuż zgięć, nie miałem odwagi się z nią rozstać - tysiące razy wracałem do chwili, w której ją pisała, i do tego, co musiała wtedy czuć. Wmawiałem sobie, że chciała to tylko zrobić na niby i przestraszyć mnie, a tylko dawka okazała się - niechcący - zbyt wielka; wszyscy przekonywali mnie, że tak było albo że to musiała być decyzja chwili, spowodowana depresją, nagłą depresją. Nie wiedzieli jednak tego, co powiedziałem jej na pięć dni przedtem i tak, aby ją ugodzić najdotkliwiej, zabrałem rzeczy, a ona, kiedy się pakowałem, powiedziała nadzwyczaj spokojnie: „Wiesz, co to znaczy…?” - a ja udałem, że nie rozumiem, chociaż doskonale rozumiałem, ale miałem ją za tchórza, i powiedziałem jej także i to - a teraz leżała w poprzek łóżka i patrzała na mnie uważnie, jak gdyby nie wiedziała, że ją zabiłem.

– Nic więcej nie potrafisz? - spytała. Pokój był czerwony od słońca, w jej włosach tlał brzask, spojrzała na własne ramię, stało się naraz ważne przez to, że je tak długo oglądałem, a kiedy opuściłem dłoń, położyła na niej chłodny, gładki policzek.

– Harey - wychrypiałem - to nie może być…

– Przestań!

Oczy miała zamknięte, widziałem ich drganie pod napiętymi powiekami, czarne rzęsy dotykały policzków.

– Gdzie my jesteśmy, Harey?

– U nas.

– Gdzie to jest?

Oko jej otwarło się na mgnienie i zaraz zamknęło. Połaskotała rzęsami moją dłoń.

– Kris!

– Co?

– Dobrze mi.

Siedziałem nad nią, nie ruszając się. Podniosłem głowę i zobaczyłem część łóżka, rozburzone włosy Harey i moje nagie kolana w lustrze nad umywalnią. Przyciągnąłem stopą jedno z tych na pół stopionych narzędzi, które walały się po podłodze, i podniosłem je swobodną ręką. Koniec był ostry. Przyłożyłem go do skóry, tuż nad miejscem, gdzie różowiała półokrągła, symetryczna blizna, i wbiłem w ciało. Ból był dotkliwy. Patrzałem na cieknącą krew, która staczała się dużymi kroplami po wewnętrznej powierzchni uda i kapała cicho na podłogę.

To było daremne. Coraz wyraźniejsze stawały się okropne myśli, które chodziły mi po głowie, już nie mówiłem sobie „to sen”, dawno przestałem weń wierzyć, myślałem teraz „muszę się bronić”. Spojrzałem na jej plecy, przechodzące pod białym materiałem w wygięcie biodra, bose stopy zwiesiła nad podłogą. Sięgnąłem ku nim, lekko ująłem jej różową piętę i przesunąłem palcami po podeszwie stopy. Była delikatna jak u noworodka.