Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 43

– Słucham - powiedział wreszcie. Wydawało mi się, że nie tyle czeka na to, co mam mu powiedzieć, ile wsłuchuje się z natężeniem w przestrzeń poza sobą, wciąż przywierając plecami do szklanej tafli. Dobrą chwilę nie wiedziałem, jak się odezwać, żeby nie strzelić głupstwa.

– Nazywam się Kelvin… musiał pan o mnie słyszeć - zacząłem. - Jestem, to znaczy… byłem współpracownikiem Gibariana…

Jego chuda twarz, cała w pionowych liniach - tak musiał wyglądać Donkisżot - była bez wyrazu. Czarna wygięta płytka wycelowanych we mnie okularów utrudniała mi w najwyższym stopniu mówienie.

– Dowiedziałem się, że Gibarian… nie żyje. - Zawiesiłem głos.

– Tak. Słucham?… Zabrzmiało to niecierpliwie.

– Czy popełnił samobójstwo?… Kto znalazł ciało, pan czy Snaut?

– Dlaczego zwraca się pan z tym do mnie? Czy doktor Snaut nie powiedział panu…?

– Chciałem usłyszeć, co pan ma w tej sprawie do powiedzenia…

– Pan jest psychologiem, doktorze Kelvin?

– Tak. A co?

– Uczonym?

– No tak. Jaki to ma związek…

– Myślałem, że pan jest urzędnikiem kryminalnym lub policjantem. Jest teraz druga czterdzieści, a pan, zamiast starać się wciągnąć w tok prac, prowadzonych na Stacji, co byłoby ostatecznie zrozumiałe, mimo tej brutalnej próby wtargnięcia do laboratorium, wypytuje mnie, jakbym co najmniej był podejrzanym.

Opanowałem się z wysiłkiem, od którego pot wystąpił mi na czoło.

– Pan jest podejrzany, Sartorius! - powiedziałem zduszonym głosem.

Chciałem go ugodzić za wszelką cenę, dlatego dorzuciłem zaciekle:

– I pan o tym doskonale wie!

– Jeżeli pan tego nie odwoła i nie przeprosi mnie, złożę na pana zażalenie w meldunku radiowym, Kelvin!

– Za co mam pana przeprosić? Za to, że zamiast przyjąć mnie, zamiast uczciwie wprowadzić w to, co się ty dzieje, zamyka się pan i barykaduje w laboratorium?! Czy pan zupełnie już stracił rozum?! Kim pan właściwie jest - uczonym czy nędznym tchórzem?! Co? Może mi pan odpowie?! - Nie wiem sam, co krzyczałem, nawet nie drgnął. Po bladej, porowatej skórze ściekały mu grube krople potu. Nagle zorientowałem się: w ogóle mnie nie słuchał! Obie ręce ukrył za sobą, z całej siły przytrzymywał nimi drzwi, które zadrgały lekko, jakby ktoś napierał na nie z drugiej strony.

– Niech… pan… odejdzie… - wystękał naraz dziwnym, piskliwym głosem. - Niech pan… na miłość Boską! niech pan idzie na dół, ja przyjdę, przyjdę, zrobię wszystko, co pan tylko chce, ale proszę iść!!!

Taka męka była w jego głosie, że całkiem osłupiały podniosłem odruchowo rękę, chcąc mu pomóc w przytrzymaniu tych drzwi, bo o to najwyraźniej walczył, ale on wydał wtedy okropny krzyk, jakbym zamierzył się na niego nożem, zacząłem więc cofać się tyłem, to krzyczał wciąż falsetem „Idź! idź!” - to znowu „Wracam już! już wracani! już wracam!!! Nie! nie!!!”

Uchylił drzwi i rzucił się do środka, wydawało mi się, że na wysokości jego piersi mignęło coś złotawego, jakby jakiś lśniący dysk, z laboratorium dobiegał teraz głuchy rumor, zasłona poleciała w bok, wielki, wysoki cień przemknął po szklanym ekranie, zasłona wróciła na swoje miejsce i nic już nie było widać. Co się tam działo?! Zatupotały kroki, szalona gonitwa urwała się z przeraźliwym, szklanym łomotem i usłyszałem zanoszący się śmiech dziecka…

Nogi trzęsły się pode mną; rozejrzałem się na wszystkie strony. Nastała cisza. Usiadłem na niskim, plastykowym parapecie okie

Z mego miejsca widziałem tylko część kolistego korytarza, który opasywał laboratorium. Znajdowało się na samym szczycie Stacji, tuż pod tarczą wierzchniego pancerza, dlatego zewnętrzne ściany były wklęsłe i pochyłe, z umieszczonymi co kilka metrów oknami, niczym strzelnice; przesłaniające z zewnątrz klapy unosiły się właśnie w górę, błękitny dzień dochodził kresu. Przez grube szyby buchnął oślepiający blask. Każda niklowa listwa, każda klamka zapłonęła jak małe słońce. Drzwi do laboratorium - ta wielka płyta chropawego szkła - rozjarzyły się niczym otwór paleniska. Patrzałem na moje poszarzałe w tym upiornym świetle, złożone na kolanach ręce. W prawej trzymałem pistolet gazowy, pojęcia nie miałem, kiedy ani jak wyrwałem go z futerału. Wpuściłem go tam na powrót. Wiedziałem już, że nie pomoże mi nawet miotacz atomowy, cóż mógłbym nim zdziałać! Rozwalić drzwi? Wedrzeć się do laboratorium?

Wstałem. Zapadająca w ocean, podobna do wybuchu wodorowego tarcza posłała za mną poziomy pęk promieni, materialnych prawie; kiedy trafiły mój policzek (schodziłem już po stopniach w dół), było to jak przyłożenie rozgrzanej pieczęci.

W połowie schodów rozmyśliłem się i wróciłem na górę. Obszedłem laboratorium dokoła. Jak powiedziałem, korytarz otaczał je: przeszedłszy ze sto kroków, znalazłem się po drugiej stronie, naprzeciw zupełnie podobnych, szklanych drzwi. Nie próbowałem ich otworzyć, wiedziałem, że są zamknięte.

Szukałem jakiegoś okienka w plastykowej ścianie, choćby jakiejś szczeliny; myśl o podpatrywaniu Sartoriusa nie wydała mi się wcale niegodziwa. Chciałem skończyć z domysłami i poznać prawdę, chociaż nie wyobrażałem sobie, jak będę ją mógł zrozumieć.

Przyszło mi na myśl, że światło dają salom laboratorium okna sufitowe, to znaczy umieszczone w wierzchnim pancerzu, i gdybym wydostał się na zewnątrz, mógłbym, być może, zajrzeć przez nie do środka. W tym celu musiałem zejść na dół po skafander i aparat tlenowy. Stałem u schodów, zastanawiająć się, czy gra warta jest świeczki. Było całkiem prawdopodobne, że szkło górnych okien jest matowe, ale cóż mi pozostawało. Zszedłem na średni poziom. Musiałem przejść obok radiostacji. Drzwi były otwarte na oścież. Siedział w fotelu tak, jak go zostawiłem. Spał. Na odgłos moich kroków drgnął i otworzył oczy.

– Halo, Kelvin! - odezwał się ochryple. Milczałem.

– No i co, dowiedziałeś się czegoś? - spytał.

– Owszem - odparłem powoli. - On nie jest sam.

Wykrzywił usta.

– No proszę. To już coś. Ma gości, powiadasz?

– Nie rozumiem, dlaczego nie chcecie powiedzieć, co to jest - rzuciłem jakby od niechcenia. - Przecież zostając tu i tak dowiem się prędzej czy później. Więc po co te tajemnice?

– Zrozumiesz, jak sam będziesz miał gości - powiedział. Wyglądało mi, że na coś czeka i nie bardzo chce mu się rozmawiać.

– Dokąd idziesz? - rzucił, kiedy się odwróciłem. Nie odpowiedziałem. Hala lotniska była w tym samym stanie, w jakim ją zostawiłem. Na wzniesieniu stał otwarty na oścież mój osmalony zasobnik. Zbliżyłem się do stojaków ze skafandrami, ale raptem odechciało mi się tej eskapady na wierzchni pancerz. Zawróciłem na miejscu i zeszedłem krętymi schodkami w dół, do magazynów. Wąski korytarz pełen był butli i ustawionych jedna na drugiej skrzyń. Ściany stanowił tu nagi, błyszczący sinawo w świetle metal. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i ukazały się pod stropem biało oszronione przewody aparatury chłodniczej. Poszedłem ich śladem. Wnikały poprzez ujętą w gruby plastykowy kołnierz mufę do zamkniętego szczelnie pomieszczenia. Gdy otworzyłem ciężkie, grube na dwie dłonie drzwi o gumowym obrzeżu, owionął mnie przenikający do kości mróz. Zadrżałem. Z gęstwiny ośnieżonych zwojnic zwisały lodowe sople. I tu stały warstewką śniegu okryte skrzynie, zasobniki, półki pod ścianami pełne były puszek i opakowanych w przezroczysty plastyk żółtawych brył jakiegoś tłuszczu. W głębi beczkowaty strop obniżał się. Wisiała tam gruba, iskrząca się od lodowych igiełek zasłona. Odgarnąłem jej brzeg. Na legowisku z aluminiowych krat spoczywał okryty szarą materią wielki, podługowaty kształt. Podniosłem skraj płachty i zajrzałem w ściętą twarz Gibariana. Czarne włosy z siwym pasmem nad czołem przylegały gładko do czaszki, Krtań sterczała wysoko, przełamując szyję. Wyschłe oczy patrzały pionowo w strop, w rogu powieki zebrała się mętna kropla lodu. Zimno tak mnie przeszywało, że z trudem powstrzymywałem szczękanie zębów. Nie puszczając całunu, drugą ręką dotknąłem jego policzika. Było to całkiem, jakbym dotknął zmarzłego drewna. Skóra była chropawa od zarostu, który przekłuwał ją czarnymi punkcikami. Wyraz niezmiernej, pogardliwej cierpliwości zastygł w złożeniu warg. Opuszczając skraj materiału zauważyłem, że po drugiej stronie ciała wysuwa się spod fałd kilka czarnych, podługowatych korali czy ziaren fasoli, od najmniejszych do wielkich. Naraz zamarłem.

To były palce nagich stóp widziane od strony podeszwy, jajowate brzuśce paluchów odstawały z lekka, pod zmiętym skrajem całunu leżała, spłaszczona, Murzynka.

Spoczywała na twarzy, jakby pogrążona w głębokim śnie. Cal za calem odciągnąłem gruby materiał. Głowa, pokryta włosami, zgruźlonymi w małe, sinawe pęczki, leżała w zgięciu tak samo czarnego, masywnego ramienia. Lśniącą skórę pleców napinały wzniesienia kręgosłupa. Kolosalnego cielska nie ożywiał najmniejszy ruch. Raz jeszcze spojrzałem na bose podeszwy jej stóp i uderzyła mnie wtedy dziwna rzecz: nie były spłaszczone ani zbite ciężarem, który musiały podtrzymywać, nie były nawet zrogowaciałe od chodzenia boso, pokrywała je skóra równie cienka jak pleców czy rąk.

Sprawdziłem to wrażenie dotknięciem, które przyszło mi daleko trudniej aniżeli dotknięcie martwego ciała. Stała się wówczas rzecz niewiarygodna: to wydane na dwudziestostopniowy mróz ciało żyło i poruszyło się. Podciągnęła stopę jak śpiący pies, kiedy go wziąć za łapę.

Zamarznie tu - pomyślałem, ale jej ciało było spokojne i niezbyt chłodne, czułem jeszcze rozwiewający się w opuszkach palców miękki dotyk. Cofnąłem się tyłem za zasłonę, opuściłem ją i wróciłem na korytarz. Wydało mi się, że panuje w nim niesamowity upał. Schody wyprowadziły mnie tuż przy hali lotniska. Usiadłem na zwiniętym w rulon pierście