Страница 41 из 79
– Pomagałem ci w przeprowadzce – odparł wyuczonym tonem. – Potem pojechaliśmy za miasto na taką wysoką górę, skąd było widać mój dom. Widok był niesamowity. Ale tobie wypadł telefon, więc skoczyłem naprzód, żeby go ratować, osunąłem się w dół i trafiłem na szkło. W ogóle co za ludzie mieszkają w Wiatrołomie i w takich romantycznych miejscach robią wysypiska śmieci… No i pocięło mi łydkę, więc zawiozłaś mnie na pogotowie. A że nie chciałem martwić cioci, to postanowiłem zostać u ciebie na noc i dopiero dziś na spokojnie wszystko im wyjaśnić.
Magda z aprobatą skinęła głową i skręciła w lewo.
– Sama bym w to uwierzyła – uznała.
– A ten lekarz nie wścieknie się, że nie zapłaciliśmy mu za usługę? – zapytał Mateusz.
– Jak już mówiłam, to dobry człowiek, choć dość szorstki w obyciu. A poza tym zostawiłam mu na stole pięćdziesiąt złotych. Jak będzie robił porządki w tym swoim chlewie, to je znajdzie. Gdzie cię zostawić? Pod domem?
Mateusz zastanawiał się przez moment.
– Pod domem – oceniła Magda. – Przecież ledwie chodzisz.
– Bo to było ostre szkło. I miało wiele zębów – zażartował Mateusz, za co zgromiła go spojrzeniem. – Oj nie denerwuj się. Nic mi nie będzie, jutro już będę normalnie chodził. Powiesz mi, co znaczy: „przed roznoszeniem mleka”?
– Słucham?
– Wujek przecież kazał mi wczoraj wracać przed roznoszeniem mleka.
– Ach, to. Myślałam, że wszyscy tak mówią.
– Nie sądzę.
– Kiedyś roznosili w Wiatrołomie mleko między piątą a szóstą rano.
– Aha, więc jestem trochę spóźniony. – Mateusz zerknął na zegarek.
– Nie martw się, ja też – odparła Magda. – Ale mam wrażenie, że ani twoje wujostwo, ani moi rodzice nie będą nam robić z tego powodu wyrzutów.
Zaparkowała samochód przed garażem Mateusza.
– Dziękuję ci za pomoc – powiedziała, kiedy wysiedli. – I przepraszam za to. – Zerknęła na przeciętą nogawkę jego spodni, spod której wystawał bandaż.
– Nie ma problemu, a tym się nie przejmuj. – Objął ją ramionami i przyłożył policzek do jej głowy. – Naprawdę cieszę się, że cię spotkałem – powiedział, po czym pocałował ją w czoło.
– Ja też – szepnęła Magda, czując jak jej tętno przyspiesza, a na policzkach wykwitają rumieńce. – Wypocznij dobrze i uważaj na te rany – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
– Dobrze – odparł Mateusz, uśmiechając się pod nosem. Magda jeszcze raz, choć na sekundę przywarła do niego, a potem szybko odeszła, mając nadzieję, że nie spotka przypadkiem jego wujostwa.
Odetchnęła dopiero, gdy znalazła się ulicę dalej i wtedy niemal zderzyła się z Aleksem.
– Co ty tu robisz?! – naskoczyła na niego.
– Wracam ze szkoły, wcześniej skończyliśmy lekcje – odparł nieco zaskoczony chłopak. – A ty?
– Odwiozłam Mateusza do domu – powiedziała cicho.
Aleks uśmiechnął się pod nosem.
– Co się tak cieszysz? – warknęła.
– Nie, nic, tylko dziś przy śniadaniu tata mówił, że Mateusz to… to taki obrotny chłopak.
Magda przymknęła oczy, mając nadzieję, że zaraz zapadnie się pod ziemię.
– Ale ja wiem, co wy robiliście – powiedział rezolutnie chłopiec.
– Tak?
– Walczyliście z upiorami. Takimi jak tamten na torowisku.
– Aha. Może zatrzymaj to dla siebie i nie mów nic rodzicom, dobrze?
Aleks pokiwał głową.
– Widziałeś jakichś nawich ostatnio? – zagadnęła, przypominając sobie słowa Mateusza, że chłopiec wciąż ma koszmary.
– Znaczy upiory, duchy i i
Magda uśmiechnęła się.
– Nie przejmuj się. To normalne, że wszędzie się ich doszukujesz.
– Czy to prawda, że będę widział je już do końca życia?
Dziewczyna pokiwała głową.
– Ale nie martw się, to nie jest takie straszne – zapewniła. – A w razie czego wiesz, gdzie szukać pomocy – powiedziała i puściła do niego oko. – Wpadnij kiedyś do mnie, dam ci zioła odstraszające nawich. Wiesz, gdzie Feliks i ja mieszkamy?
– Każdy wie. – Uśmiechnął się słabo chłopiec.
– To do zobaczenia.
– Cześć. – Nastolatek poprawił wypchany plecak i minął ją.
Skubany! Szybko doszedł do siebie – pomyślała Magda. Co prawda skończyło się to dla niego koszmarami, ale przynajmniej nie wylądował w psychiatryku.
Niektórzy ludzie, w szczególności ci młodzi, w zaskakującym tempie potrafią przejść do porządku dzie
– Albo to u nich po prostu rodzi
Minęły zaledwie trzy dni od wydarzeń na torowisku, a dwa od tego, gdy Mateusz był świadkiem śmierci Nadii, nie mówiąc już o poprzednim wieczorze. Trochę ją dziwiło, z jakim spokojem przyjął to wszystko.
– Najwyraźniej muszę mu się bardzo podobać – powiedziała na głos, starając się nie myśleć o teorii Waldemara na temat Mateusza. Mimowolnie się uśmiechnęła. Dzień od razu wydał się ładniejszy i bardziej słoneczny.
– Jeśli nie ucieknie przed moją rodzinką na jutrzejszym grillu, to znaczy, że jest tym jedynym – rzuciła pół żartem, pół serio.
Do księgarni dotarła spóźniona o kilka godzin, ale wystarczyło, że wspomniała tylko o Mateuszu, a mama przestała jej suszyć głowę.
Potem zadzwoniła do Feliksa, ale ten wciąż kręcił się po Brzeźnicy i nie bardzo chciał z nią rozmawiać.
Akurat tego dnia była dostawa i Magda znów musiała dźwigać ciężkie kartony z książkami. Wolała zrobić to sama, bo od dłuższego czasu mama narzekała na kręgosłup.
Kiedy tylko poustawiały książki na półkach, mama wcisnęła Magdzie w rękę listę zakupów – tym razem prawdziwą – oraz kluczyki do samochodu i wysłała do sklepu.
Magda, wcale się nie spiesząc, zrobiła zakupy, zatrzymała się na pizzę i dopiero wtedy wróciła do księgarni.
– Gdzieś ty była tyle czasu? – naskoczyła na nią mama.
– Gdybyś nie planowała grilla dla całej armii, to może poszłoby mi szybciej – odgryzła się.
– Nie bądź taka cwana, wiem, że byłaś na obiedzie.
– Nic się przed tobą nie ukryje, co? – Dziewczyna pokręciła głową. – Możesz już iść do domu i zająć się tą toną jedzenia, ja zamknę księgarnię.
Do wieczora przyszło jeszcze tylko kilka osób, które wyłącznie się rozglądały, nic nie kupując. No i jeden licealista, który szukał „zielonej książki od biologii”.
– Szybko się obudziłeś – mruknęła Magda, pokazując mu kolejne „zielone książki od biologii”.
– Nauczycielka powiedziała, że jeżeli nie będę miał podręcznika, to mnie nie przepuści do następnej klasy – pożalił się. – To ta. Chyba.
– Powodzenia – powiedziała Magda, wydając mu resztę i paragon.
A kiedy tylko zadzwonił za nim dzwonek przy drzwiach, zabrała się do ścierania kurzy i zamiatania podłogi, żeby zamknąć równo o osiemnastej. Zamierzała odwiedzić Mateusza i sprawdzić, jak się czuje.
Droga przez miasto zajęła jej pół godziny. Szła przed siebie, podśpiewując cicho i wymachując torebką. Zagwizdała na wilczura, który zawzięcie obwąchiwał pień pobliskiego drzewa, ale pies – gdy tylko upewnił się, że to tylko podpucha i dziewczyna nie ma dla niego kawałka kiełbasy – postanowił ją zignorować.
Dom wujostwa Mateusza był duży, z wielkim ogrodem i garażem na dwa samochody. Gdy tylko minęła bramę, ujrzała Aleksa koszącego trawnik. Na jej widok wyłączył kosiarkę.
– Cześć! – Magda zawołała do niego. – Jest Mateusz?
– U siebie. – Machnął ręką do tyłu. – Musisz wejść przez garaż i schodami do góry.
– Dzięki.
Chłopiec skinął głową i na powrót odpalił kosiarkę.
Magda weszła do garażu i wspięła się po stromych, betonowych schodach.
– A więc to jest twoje królestwo – powiedziała głośno, stając w progu.
Mieszkanko nad garażem było w bardzo surowym stanie – nieotynkowane ściany, podłoga przykryta starym dywanem, obdrapana szafa, stary stolik i dwa krzesła. Aneks kuche