Страница 5 из 60
Wychowawczyni Kalinki wyprostowała plecy i ruszyła w jej kierunku.
– Dzień dobry, pani Maj.
Nina nerwowo przełknęła ślinę.
– Dzień dobry.
– Zakładam, że nie zrobiła pani tego specjalnie.
– Ależ skąd.
– I równie przypadkowo stanęła pani na miejscu dla niepełnosprawnych, prawda?
Nina poczuła, że pieką ją policzki.
– Po prostu zaspałam dziś, a dookoła nie było wolnych miejsc i…
– Jak zawsze przyjechała pani spóźniona.
– Wcale nie, jest… Jest przed ósmą – wydukała.
Wychowawczyni Kalinki posłała jej mroźne spojrzenie. Miała ochotę powiedzieć tej kobiecie, żeby zaczęła nastawiać budzik wcześniej, skoro tak często się spóźnia, ale Nina uprzedziła jej złośliwy komentarz.
– Nic się pani nie stało? – wysiliła się na współczucie.
– Na szczęście uderzyła pani w hardą kobietę, a nie dziecko.
– Nie wiem, czy to pocieszające…
– Czy pani wie, co by się stało, gdybym to nie ja wpadła pod pani koła, ale siedmiolatek?
– Ja… – Nina spuściła wzrok.
– Proszę darować sobie skruchę, tylko zacząć myśleć. Zasady są po to, żeby ich przestrzegać, a lusterka po to, żeby w nie patrzeć.
Nina darowała sobie uwagę o tym, że w myśl zasad nie należy spacerować za stojącymi na parkingu samochodami, lecz chodzić przed nimi, ale ugryzła się w język.
– To się więcej nie powtórzy – powiedziała cicho.
– Wjeżdżanie w ludzi, czy parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych? A może ma pani na myśli notoryczne spóźnienia?
– I jedno, i drugie. Trzecie w sumie też.
Nauczycielka jeszcze przez chwilę mierzyła ją wzrokiem, ale w końcu dumnie uniosła brodę.
– Puszczę tę sytuację w niepamięć.
Nina odetchnęła z ulgą.
– Bardzo pani dziękuję.
– Ale jeśli jeszcze raz zobaczę pani samochód w tym miejscu, natychmiast zgłoszę tę sprawę dyrekcji.
– Oczywiście.
– Niech pani pomyśli o dzieciach, które, nie daj Boże, zostałyby potrącone zamiast mnie. To mógł być Ignacy albo Kalinka.
– Będę o nich myślała nieusta
– I proszę pamiętać o czwartkowej wywiadówce – dodała jeszcze wychowawczyni, zanim odeszła, uderzając szpilkami o asfalt. – Jest obowiązkowa.
Nina pokiwała głową, czując, że nie powi
Zamiast tego wróciła do samochodu i, tym razem rozglądając się dookoła, wyjechała z parkingu. Po drodze do pracy została jeszcze obtrąbiona przez jakiegoś niecierpliwego, męskiego szowinistę, ale nie zamierzała się tym przejmować. Wjeżdżając na parking przed szpitalem, uśmiechnęła się do stojącego przy szlabanie ochroniarza i zaparkowała samochód na swoim stałym miejscu. Wyłączyła silnik, zgasiła światła, po czym chwyciła leżącą na siedzeniu pasażera torebkę. Wcale jej nie zdziwiło, że musiała ją przy tym odkleić od wlepionej w tapicerkę gumy do żucia. Szkoda nerwów. Lepiej zachować je na awantury o złe oceny albo odwieczny bałagan w dziecięcym pokoju.
Nina wysiadła w końcu z samochodu, w pośpiechu zamknęła drzwi i pognała przed siebie, uważając, by nie poślizgnąć się na pokrytym liśćmi chodniku. W biegu odwijała zawinięty wokół szyi szalik i zdejmowała kurtkę. Wpadła do szpitala, omal nie potrącając przy tym jakiegoś przerażonego pacjenta.
– Przepraszam bardzo – rzuciła do niego, pędząc w górę po schodach.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i jakoś tak nieprzytomnie, ale tutaj takie zachowania raczej nikogo nie dziwiły. Nina już od kilku lat była salową w szpitalu psychiatrycznym i wiele widziała. Naprawdę wiele…
Nie miała jednak czasu teraz o tym myśleć. Przeskakując po dwa schodki naraz, starała się wymyślić jakieś sensowne usprawiedliwienie, które wciśnie przełożonej. Może grypa żołądkowa Ignasia? Tak, to wydało się Ninie dobrym pomysłem. Niekontrolowana biegunka i wymioty sprawdzały się w każdej sytuacji, a ostatnio nie używała tego argumentu zbyt często.
ROZDZIAŁ 5
Jacek zjawił się na oddziale dziesięć minut przed rozpoczęciem dyżuru i wszedł do pokoju lekarskiego, w którym siedziała już przy biurku około sześćdziesięcioletnia pani ordynator, Teresa. Była ubrana w biały fartuch, miała spięte włosy, a na jej nosie znajdowały się wielkie okulary. Siedziała zamyślona, z głową pochyloną nad jakimiś dokumentami i gdyby nie to, że Jacek trzasnął drzwiami, pewnie by go nie dostrzegła.
– Dzień dobry, Jacku. – Rozpogodziła się na jego widok.
– Dzień dobry, pani ordynator – odpowiedział jej z uśmiechem. – Wcześnie dziś pani zaczyna pracę.
– Och, siedzę tu już od piątej. Wezwano mnie do pacjenta.
– Jakiś stały bywalec?
– Nie. Rodzice zadzwonili po pogotowie, bo ich syn zaczął mieć urojenia po kilkakrotnym zażyciu dopalaczy.
– Schizofrenia?
– Na to wygląda, ale zbadam go, gdy dojdzie do siebie. Zaaplikowaliśmy leki, pozostaje tylko cierpliwie czekać.
– Rozumiem. Też mam teraz pacjenta, u którego narkotyki przyczyniły się do rozwoju choroby psychicznej.
– Ot, do czego prowadzi nas rozwój cywilizacji. – Teresa westchnęła. – A co u ciebie? Noc minęła ci bez większych ekscesów?
– Nie mogę powiedzieć, że się nie wyspałem. W dodatku czytałem przed snem ciekawą książkę, czego chcieć więcej.
– Beletrystyka?
– Tak. – Jacek lekko pokiwał głową. – Kryminał z elementami horroru.
– To nie na moje nerwy – stwierdziła Teresa.
– Wobec tego oszczędzę pani opowieści o fabule. Ale zaznaczam, że jest czego żałować, bo książka naprawdę była niezła.
– Mimo wszystko spasuję. A co u twojej mamusi? – Popatrzyła na niego z wdzięcznością.
Jacek odetchnął głęboko.
– Chyba wszystko dobrze – mruknął wymijająco.
– Nadal nie miewa żadnych problemów ze zdrowiem?
– Nawet, jeśli miewa, to się na nie nie skarży. – Podszedł do metalowej szafki, w której zwykle trzymał swoje ubrania, i przebrał się w fartuch.
Kiedy tylko go włożył, natychmiast się uspokoił. Zresztą nie był to pierwszy raz, gdy tak się działo. Jacek wielokrotnie analizował przyczyny tego stanu rzeczy i za każdym razem dochodził do wniosku, że działa na niego kojąco nic i
Jacek sam się do siebie uśmiechnął. Kilka lat temu, wybierając specjalizację, nie sądził, że bycie psychiatrą ma aż tyle zalet.
– Napije się pani kawy? – zwrócił się do siedzącej nad dokumentami ordynator.
Teresa spojrzała na niego znad okularów i po chwili z entuzjazmem odparła:
– A wiesz, że bardzo chętnie?
– W takim razie zaparzę. Z mlekiem?
Kobieta zamknęła leżącą przed nią teczkę.
– Może być zwykła mała czarna. Nie jestem przyzwyczajona do wstawania o tak wczesnych porach, muszę się dobudzić.
Jacek napełnił ekspres wodą. Wsypał do niego zmielone kilka dni temu ziarna kawy i uruchomił urządzenie będące jednym z najbardziej nowoczesnych w szpitalu. Reszta wyposażenia przywodziła na myśl poprzednią epokę. Na podłogach w całym kompleksie budynków leżało okropne, zielononiebieskie linoleum, a ze ścian miejscami odchodziła farba. Nie mówiąc już o unoszącym się w powietrzu zapachu detergentów oraz skrzypiących łóżkach, na których przewracali się śpiący czy odpoczywający pacjenci. Czasami, po wyjściu z tego miejsca, pracownicy słyszeli te piski i trzaski jeszcze przez długi czas. Prawie wszystko w tym szpitalu wymagało remontu, ale wiadomo, jak to jest ze służbą zdrowia. Nie ma pieniędzy na leczenie pacjentów, a cóż dopiero na modernizację i wystrój wnętrz.