Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 9 из 73

– Sami skonstruowaliście te maski?

– Pochodzą z Poprzedniego Świata.

Dija Udin stwierdził, że niczego nie dowie się od tych ludzi.

– Jak często macie tu wizytacje?

– Słucham?

– Kiedy wpada ktoś z Amalgamatu?

– Nigdy się nie pokazują – odparł McAllister, po czym skinął na swojego pomocnika. Ten odczepił pojemnik wielkości naparstka z maski starca, a potem umieścił tam nowy. Wódz odchrząknął. – Przysyłają tu bezzałogowe łodzie, na które ładujemy zapasy. Eksploatują Tristan da Cunha coraz bardziej… z każdym sezonem tracimy coraz więcej i musimy na bieżąco kontrolować populację. Niebawem nie będziemy w stanie podtrzymać obecnej liczby mieszkańców…

I dobrze, skwitował w duchu Alhassan.

– Co to za organizacja? – zapytał.

– Amalgamat Afrykański.

Dija Udin czekał na ciąg dalszy, ale najwyraźniej rozmówca nie miał zamiaru sam rozwijać tego tematu.

– Coś więcej? – burknął do starca.

– Niestety nic więcej nie wiem.

– Nazwa zdaje się trochę na wyrost – odparł. – Widziałem Afrykę, gdy tu lecieliśmy. Nie został tam kamień na kamieniu.

James powoli wzruszył ramionami.

– Tak czy inaczej, muszę się tam dostać – oznajmił nawigator.

– Nie mamy żadnego środka transportu.

– Oprócz łajby, która tu przypływa, a potem wraca do portu. Kiedy się pojawi?

McAllister powiódł wzrokiem w bok, przywołując jedną z kobiet. Ta wyciągnęła papierowy kalendarz i przewróciwszy stronę, oznajmiła, że następna transza zapasów ma być gotowa do transportu za trzy dni.

– Wskoczę na pokład. I pozdrowię od was tych rzekomych Afrykańczyków.

– To samobójstwo – odezwała się kobieta. – Znamy opowieści o ludziach, którzy próbowali się wydostać z Tristan da Cunha.

– Tak, tak, z pewnością nigdy nie wrócili – odparł Dija Udin. – Podobnie jak ci, którzy w osiemnastym wieku emigrowali z Europy do Ameryki. Też nigdy nie wrócili, co nie znaczy, że sczeźli.

Tubylcy patrzyli na niego nierozumiejącym wzrokiem. Alhassan machnął na nich ręką, po czym podniósł się i ruszył w kierunku wyjścia. Przypuszczał, że ciało Lindberga znalazło się już na zewnątrz.

Musiał je tam umieścić. W przeciwnym wypadku załoga Ke

A Dija Udin będzie ich miał dokładnie tam, gdzie sobie tego życzył.

9

Jaccard patrzył na Dija Udina, który stanął przy Skandynawie. Cała reszta odwróciła wzrok, Nozomi zanosiła się płaczem.

Major nie wiedział, co robić. Wpatrywał się bezrefleksyjnie w Alhassana, który przykucnął obok Lindberga. Gdy wskazał na jego tors, Loïc pochylił się nad wyświetlaczem i zbliżył obraz. Dija Udin ściągnął niewielki opatrunek, ukazując ranę – niewątpliwie postrzałową, choć broń z pewnością nie była mechaniczna.

Jaccard dostrzegł kątem oka, że Ellyse zaczęła się trząść. Zbliżyła się do niej Cha

Nie trzeba było wiele, by wszystko poskładać w logiczną całość – Håkon został postrzelony, a złamana koncha przekreślała jego szanse na ratunek.

To, co robił Alhassan, miało też dodatkowy wymiar. Było manifestem.

– Barbarzyńcy… – wydusił z siebie Hallford.

– Dlaczego? Dlaczego to zrobili? – jęknęła Nozomi.

Loïc dopiero teraz uświadomił sobie, że dziewczyna ledwo się trzyma. Potrząsnął głową, a potem przyjrzał się mieszkańcom, którzy opuścili niskie budynki. Wszyscy sprawiali wrażenie widm – ale widm z żołnierskim drylem. Ustawili się w równych rzędach, doskonale widocznych z góry. Trwali w bezruchu, na baczność, jakby czekali na pozwolenie, by móc w ogóle egzystować.

– Dlaczego… – załkała cicho Ellyse, kryjąc twarz w ramieniu Sang.

Nikt nie odpowiedział. Jaccard przypuszczał, że mogą nigdy tego nie odkryć. Alhassan wysłał jasny sygnał, że nie powi

– Być może da się naprawić konchę – odezwał się w końcu Gideon.

W jego głosie zadrgała nuta nadziei, która sprawiła, że ponura atmosfera zaczęła rzednąć. Ellyse otarła policzki, Cha

– Miałem z nią do czynienia, jak wiecie. Długo błąkałem się po korytarzach na Rah’ma’dul.

– I? – ponagliła go Nozomi, pociągając nosem. Nie odrywała wzroku od wyświetlacza, gdzie jak na dłoni widać było pozbawioną życia twarz Lindberga.

– Niektórzy Yan’ghati byli wirtuozami technologii. Przypuszczam, że w pewnym momencie zaczęli znacznie przewyższać Prastarych, przynajmniej jeśli chodziło o konchę. A fakt, że Ev’radat zdołał ją zmodyfikować, mówi sam za siebie.

W oczach Ellyse pojawił się błysk.

– Potrafił kompletnie ją przeprogramować, więc równie dobrze może być w stanie ją naprawić.

– Problem polega na tym, że jest kilkaset lat świetlnych stąd – zauważyła posępnie Sang. – W miejscu, które stanie się grobowcem ludzkości, jeśli tylko się tam zjawimy.

– To jeden z problemów, tak – odparł Hallford. – Drugi polega na tym, że la’derach musi być użyta bezzwłocznie. Tak jak w moim przypadku. Kilka dni to górna granica.

Jaccard przysłuchiwał się temu wszystkiemu z ambiwalentnymi odczuciami. Z jednej strony pragnął, by w ogóle było co rozważać – z drugiej jednak wiedział, że to pło

Gdy ostatnia uwaga Hallforda przebrzmiała, zapadła znacząca cisza. Wszyscy uświadomili sobie daremność proponowanego przedsięwzięcia.

– Ellyse – podjął Loïc. – Przykro mi, ale…

– Nie przyjmuję tego do wiadomości – odparła, kręcąc głową. – Nie zgadzam się na to. Możemy go uratować, panie majorze. Wymaga to tylko trochę kreatywności.

„Trochę” nie było odpowiednim słowem, uznał Jaccard.

– Ostatnim razem cudem uciekliśmy z Rah’ma’dul – zauważyła Cha

– Musi istnieć sposób…

– Przykro mi, Ellyse – powtórzył dowódca, wciąż patrząc na Dija Udina. Ten nie ruszał się z miejsca, spoglądając w górę. Dopiero teraz Loïc uświadomił sobie, że Alhassan czeka na jakiś znak.

– Nie godzę się na to… – powtarzała półszeptem Nozomi.

Jaccard spojrzał na głównego mechanika.

– Muszę nawiązać z nim kontakt – powiedział. – Czekam na pomysły.

Gideon nie musiał długo się zastanawiać. Ogarnął wzrokiem maszynownię, jakby zamiast licznej aparatury stały tu idee. Podszedł do jednej z konsol i wprowadził kilka krótkich ciągów znaków.

– Mam połączenie z wahadłowcem – powiedział. – System komunikacyjny jest sprawny. Jeśli tylko wskażemy Alhassanowi, by tam poszedł, będziemy mogli…

– Zetrzeć go z powierzchni Ziemi – weszła mu w słowo Sang. – To lepsze niż rozmowa.

Loïc postanowił tego nie skomentować. Ciążył na nim wprawdzie rozkaz od rosyjskiej pułkownik, a także obowiązek wymierzenia kary, którą sam zasądził – teraz jednak ważniejsze było to, by się porozumieć.

– Jak mu zasugerować, żeby się tam udał? – zapytał.

Milczeli, nie mając dla dowódcy odpowiedzi.

– Pytanie, czy to w ogóle roztropne – zauważyła Cha

Jaccard spojrzał na Hallforda. Ten pokręcił głową, choć bez wielkiego przekonania.

– Zakładamy, że to niemożliwe – powiedział major. – Jak go tam ściągnąć?

– Nie ma na to sposobu – odparł Gideon.