Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 44 из 73

– Wierutna bzdura.

– Oczywiście. Zbudowała go… czy raczej wygenerowała obca, prastara rasa. Ma to tyle wspólnego z Bogiem, ile sam Ingo Freed. Dał się omamić.

– Odnoszę wrażenie, że większość tych ludzi tylko czeka, by ktoś nimi posterował.

– Nie zamierzam polemizować.

Przez moment znów panowała cisza.

– Sami na to wszystko zapracowaliśmy – dodał po chwili Jaccard. – Wyeliminowaliśmy religię z naszego świata, a ona po czasie samorzutnie wróciła ze zdwojoną mocą.

– Chyba pan przesadza.

– Nie. Ateizm doprowadził do religijnego ekstremizmu, tak jak wcześniej religijny ekstremizm do ateizmu. Tak się dzieje, gdy w grę wchodzą skrajności. Nigdy jako gatunek nie potrafiliśmy znaleźć właściwego balansu. I teraz mamy to, co widzisz.

Cha

– Ma pan refleksyjny nastrój.

– Dziwisz się? – zapytał z bladym uśmiechem. – Co i

– Zostanie pan liderem społeczności, która tu wyrośnie – odparła szefowa ochrony, zataczając ręką krąg.

Jaccard zdawał sobie sprawę, że zapewne właśnie to zaplanował dla niego Ingo Freed. Gdy tylko terraformacja zacznie przynosić wymierne efekty, wyciągnie ludzkość z podziemi. Część zostanie ulokowana tutaj, w Zatoce Botnickiej. Miejsce, gdzie teraz znajdował się Ke

Rola, jaką Przewodniczący Prezydium miał zamiar powierzyć Jaccardowi, była dla niego nieco frapująca. Abstrahując od wszystkiego i

– Zobaczymy, jak będzie – odparł Loïc. – Nie spodziewam się, że pożyję długo.

– Nie?

– W żadnym wypadku. Jeśli Ingo Freed nie usunie mnie prewencyjnie, zrobi to od razu po tym, jak wywołam rewoltę.

– A ma pan taki zamiar?

– Prędzej czy później tak.

– W takim razie może pan na mnie liczyć – zapewniła Cha

Oczywiście, musiał być. Za zaufaniem, jakie okazał, z pewnością szedł także szereg zabezpieczeń. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Ingo Freed tylko czekał, by stłumić bunt.

– Ellyse nadal nie wychodzi? – zapytała Sang.

– Niestety.

– A pan nadal co dzień próbuje ją stamtąd wyciągnąć?

Kiwnął głową, również chowając papierosa.

– Równie dobrze mogłaby położyć się do komory kriogenicznej.

Tuż obok Håkona, dodał w duchu Loïc.

Ciało Lindberga nadal było zamrożone w kapsule. Wprawdzie nie było już ku temu powodu, ale Ellyse uparła się, że Skandynaw ma znajdować się w diapauzie. Stanowiło to duże niedomówienie – człowiek, o którym mówiła, był już martwy.

– Myśli pan, że on tam jeszcze jest? – zapytała Cha

– Nozomi jest przekonana, że tak.

– A pan?

Jaccard nie odpowiedział.

– Jego jaźń mogła wrócić do ciała, gdy organizm Gideona przestał funkcjonować – dodała Sang.

– Mogła.

– Ale nie wydaje się to panu prawdopodobne.

– Wolałbym na ten temat nie gdybać – odparł Loïc, obracając się do niej. – Jakkolwiek by było, to pło

Cha

– Czas na mnie – odezwał się w końcu Jaccard, wstając z piachu.

– Ma pan coś do roboty?

– Potrafię pomyśleć co najmniej o kilku rzeczach, które są lepsze od siedzenia z tobą na ziemi i kontemplowania przyrody.

Uśmiechnęła się, a on ruszył z powrotem ku Ke

Sprawdziwszy na radarze okolicę, Loïc złożył codzie

Przed zaśnięciem myślał o tym, że niebawem przyjdzie pora, by odłączyć komorę kriogeniczną Håkona. Rozumiał, że Ellyse chce zachować resztki nadziei, choćby irracjonalnej, ale ostatecznie i tak rozbiorą Ke

Nawet nie wiedział, kiedy zapadł w sen. Osunął się na łóżku i odpłynął w koszmary, które ostatnio męczyły go coraz częściej.

Zbudził go głośny dźwięk, którego początkowo nie mógł zidentyfikować. Dopiero potem uświadomił sobie, że ktoś uderza w ścianę jego kajuty. Podniósł się i zamglonym wzrokiem spojrzał na Nozomi stojącą w progu.

– Co, do cholery…

– Pozwoliłam sobie wejść.

Przypomniał sobie, że nie zamknął drzwi. Rzadko to robił, od kiedy wylądowali na Ziemi.

– Pora wstawać, majorze.

Potarł oczy, po czym zwlókł się z łóżka i przyjrzał się Ellyse. Nie sprawiała już wrażenia widma.

– Jak długo spałem?

– Kilka godzin, jak przypuszczam.

– Byłem dziś u ciebie.

– Dziś i wczoraj. A także przedwczoraj i…

– I nagle ty odwiedzasz mnie? – zapytał, przeciągając się.

– Mam sprawę.

– Widzę, że przepełnia cię energia, więc mów.

– Wiem, jak uratować Håkona.

17

Jaccard wiedział, że musi uważać na każde wypowiadane słowo. Nozomi patrzyła na niego z nadzieją, która bynajmniej nie była krucha. Radiooperatorka przywodziła na myśl fanatyczkę gotową udusić każdego, kto się z nią nie zgadza.

– Siadaj – zaproponował, wskazując niewielki stolik przy iluminatorze.

Kiedy zajęli miejsca, spojrzał na nią gotów wysłuchać wszystkiego, co chciała powiedzieć.

– Więc?

– Rozwiązanie istniało od dawna, tylko nikt z nas go nie przyjmował.

Loïc sięgnął po koszulę mundurową i narzucił ją na siebie. Skinął głową do Ellyse, zachęcając, by mówiła dalej.

– Wszyscy byliśmy skupieni wyłącznie na misji, bo była możliwa do realizacji. Mogliśmy uratować ludzkość, więc dla każdego z nas był to priorytet. Teraz sytuacja się zmieniła.

– Polemizowałbym.

– Ingo Freed zawłaszczył Ziemię, panie majorze. Nie ma sposobu, by z nim wygrać. Ma zaawansowaną technologię, zasoby ludzkie oraz w odwodzie siły wojskowe, które dzięki silnikom nadświetlnym mogą znaleźć się tu, zanim zdążymy okrążyć Yorktown.

– Więc sugerujesz, że wszystko stracone.

– Nic nie sugeruję, tylko oznajmiam fakt.

Jaccard mruknął pod nosem, sięgając do kieszeni po papierosa.

– Wszystko, co chcieliśmy osiągnąć, zostało zaprzepaszczone – dodała.

– Myślę, że stać nas jeszcze na zryw, który…

– Łudzi się pan tylko.

– Być może – odparł, wydychając na bok dym. – Ale przejdź do konkretów. Co proponujesz?

– Zabrać konchę i obrać kurs na Nakamurę-Amano.

– Ke

– Tak jest.

– To ponad sto lat kriosnu – zauważył Jaccard.

– Około stu pięćdziesięciu.

Loïc spojrzał na nią bykiem.

– Chcesz mnie przekonać czy zniechęcić?

– Wydaje mi się, że jak tylko przedstawię panu wszystko, nie będzie potrzeby żadnego przekonywania.

– Zobaczymy.

Nozomi nachyliła się nad stolikiem.

– Wie pan, że nic nie wskóra tutaj, na Ziemi.

– Wiem, że spróbuję.

– I Ingo Freed urządzi panu publiczną egzekucję.

– Jeśli uda mu się mnie złapać.

– Oczywiście, że się uda. Ma do dyspozycji nieograniczone środki.

Poprawił się na krześle, niechętnie przyznając jej w duchu rację. Dużo można było powiedzieć o kontradmirale, ale z pewnością nie to, że lubił niepotrzebnie ryzykować. W sprawach religijnych być może dał się omamić, ale przy strategiczno-politycznych kwestiach z pewnością ubezpieczył się na wszystkie możliwe sposoby. Być może tylko czekał na to, aż Loïc zacznie działać.