Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 47

– Kim jesteś?

– Księdzem, przecież wiesz.

– Księdzem? Ty mi to mówisz? Wydałeś mnie Ermsowi! Po co nosisz suta

– A po co nosisz ciało? Żeby skryć szkielet? Dlaczego nie chcesz pojąć? Niczego przecież nie ukrywani. Tak, wydałem cię… Wydałem cię, ale tu wszystko jest pozorem, nawet zdrada, nawet zbrodnia, wszechwiedza też - jest nie tylko niemożliwa, jest także niepotrzebna, skoro wystarczy jej imitacja, fantom utkany z donosów, aluzji, słów ze snu, strzępów wyłowionych z kloaki, peryskopów… Nie wszechwiedza jest ważna, lecz wiara w nią…

Tego chyba nie chciano, by mi powiedział… - zdążyłem pomyśleć, a on, blady, ciągnął szeptem syczącym jak od nienawiści:

– Ciągle jeszcze wierzysz w mądrość Gmachu!!! Jak mam ci to powiedzieć? Widziałeś głównodowodzących? To tępe, zbrodawczone, głuche wapniaki sklerotyczne na szczycie piramidy, nic więcej… Spójrz!

Pokazał mi wyjęty z kieszeni kamyk, wygładzony długim noszeniem i obracaniem w palcach, lśniący, nakrapiany z jednego końca jak jajeczko.

– Widzisz go? Idiotyczny żwirek! Popatrz na te głupawe kropeczki… Na tę dziurkę… Lecz weź milion takich kamyczków, trylion weź, a przestrzeń je okrąży, wiatr przypadnie, ściągną promienie gwiazd i tak wypełznie z kupy - doskonałość… Kto wydał rozkaz gwiazdom? Kto?! Tak samo Gmach…

– Chcesz powiedzieć, że Gmach - to Natura?

– Nie! Nie mają z sobą nic wspólnego poza tym, że są doskonałe. O, ty się masz za więzionego w labiryncie zła, myślałeś, że tu wszystko ma znaczenie, że kradzież planów to rytuał, więc Gmach go przekreśla, niszczy i coraz więcej tworzy, aby coraz więcej było do niszczenia - i to ci się mądrością zła wydało… Dlatego szpryncle umysłowe wyczyniałeś, tańczyłeś, sądząc, że ci tak zagrano, chciałeś sarn siebie nagiąć w wytrych, w hak swej zguby, w znak, który rozwiąże ci równanie okropności, ale tak nie jest! Słyszysz?

Nie ma planu, równania, klucza, nie ma nic - jest tylko Gmach. Jest - tylko - Gmach…

– Gmach? - powtórzyłem ze zjeżonymi włosami.

– Gmach - odzewem wsparł mój lęk. Sam drżał na całym ciele. - To nie mądrość - to tylko ślepa, wszechobecna doskonałość, powstała samowiednie, nie jest w ludziach, choć z ludzi - wyszła z międzyludzia. Czy słyszysz? Ludzkie zło jest drobnostkowe i ułomne, a tu powstała wielkość… Góry potu! Uryna oceanem! Grzmot agonii, milionopierśny chrap! Łajno wieków - opoką! Tutaj możesz utonąć w ludziach, możesz nimi się udławić, w pustyni ludzkiej sczeznąć, bracie! Popatrz - ludzie, herbatę wciąż mieszając, rozerwą cię na sztuki od niechcenia i, mówiąc o skobrzątkach, dłubiąc w zębach, będą po trosze kulgać twego trupa i toczyć zeń herbatę, gdy naciągnie… i zostaniesz bezwłosą, wysiedzianą kukłą, szmatką, grzechotką dzieci żółtą i śmietniczkiem, porzuconym w brudnych łzach… Tak działa samorodna doskonałość, nie mądrość! Mądrość - to ty, ty sam, albo - we dwóch! Ty i ten drugi, most między wami błyskawic sprawiedliwych z oczu w oczy…

To, co mówił, blady jak śmierć, zlany potem, wydawało mi się coraz bardziej znajome. Słyszałem już coś podobnego. Naraz pojąłem, że nie inaczej kazał z ambony, i tam było o dławieniu, i powoływał się wtedy na zło jako szatana… a brat Perswazy powiedział, że to kazanie było prowokacją, że ksiądz Orfini prowokował…

– Jak mam ci wierzyć? - powiedziałem z męką. Zadrżał.

– Człowieku!!! - krzyczał szeptem. - Czy nie widzisz jeszcze, że to, co tu na jednym szczeblu jest rozmową albo żartem, na i

– A ty to rozumiesz?

– Rozumiem, dlaczego nie rozumiem. Zdrada jest konieczna, ale Gmach jest po to, aby była niemożliwa, więc trzeba uniemożliwić konieczność. Jak? Niwecząc prawdę. Zdrada staje się próżna, kiedy prawda obraca się w jedną z masek kłamstwa. Dlatego nie ma tu miejsca na żadną rzecz własną, na konsekwentną rozpacz ani wytrzymaną, dobrą zbrodnię, która by obciążyła cię tęgo i raz na zawsze ściągnęła na dno. Słuchaj! Zwiąż się ze mną! Stworzymy tajne przymierze, spisek! To nas wyzwoli!!

– Oszalałeś?

– Nie! Jeżeli zaufamy sobie - uratujemy się. Ja zwrócę ci ciebie, a ty oddasz mi mnie. Tylko tak możemy stać się wolni!!

– Schwytają nas!

– To nic, mogą nas schwytać. Jeśli to nawet pewne - tym bardziej zróbmy tak!! Wierząc w przegraną od pierwszej chwili, odkupimy się! Ja będę ginął za ciebie, a ty - za mnie, i to będzie prawda, tego jednego nie sfałszują, rozumiesz?! Będziesz u boku krzyżowanego łotra, bo jam łotr! Tak! Kazano mi namówić cię do tego spisku… Jestem prowokatorem…

– Co?! Co powiedziałeś?!

– A więc jeszcze, wciąż jeszcze nie rozumiesz? Jestem prowokatorem, bo jestem księdzem! Tutaj ksiądz tylko jako prowokator może mówić to, co ja ci mówiłem!! Kazano mi, w przekonaniu, że się zgodzisz…

– Opamiętaj się! Jak mógłbym się zgodzić?!

– Nie masz i

– Ale ty musisz przecież złożyć raport i wydać mnie jako tego, który zgodził się związać z tobą!

– Oczywiście, wydam cię! A oni wezmą to za pozór spisku, za spisek wymuszony, za twoją zgodę na kłamstwo i błazeńską maskę, którą na twarz wcisnąłem ci na rozkaz - ale ty, czyniąc to wszystko dobrowolnie, z siebie, wszystko widząc i pojmując do końca, wypełnisz próżnię, a w taki sposób spisek, uplanowany przez Gmach jako Prowokacja, stanie się Ciałem. Godzisz się?

Milczałem.

– Odmawiasz? - spytał. Głos mu zadrgał i łza spłynęła po policzku. Strącił ją gniewnie.

– Nie zważaj na nią - powiedział - to tylko tak… z rutyny…

Trwałem z trzęsącą się wciąż nogą, nie widząc go, nie słysząc nawet, jakby na nowo otoczony szeregami białych korytarzy, białych drzwi, okradziony ze wszystkiego, co mogło być moje. I mając jeszcze w oczach martwy blask labiryntu, w uszach jego miarowy chód, powiedziałem:

– Zgadzam się.

Błyskawica przebiegła przez jego twarz. Wpółodwrócony wytarł chustką czoło i policzki.

– Będziesz się teraz bał, że zdradzę cię naprawdę - powiedział wreszcie - ale na to nie ma rady. Słuchaj: wszelkie zaklęcia, przysięgi, obietnice są tu bez wartości, więc tylko tyle: dziś już nic. Żadnych znaków porozumiewawczych. I tak by nas nie uchroniły. Orężem naszym będzie jawność spisku, jawność, w którą nikt nie uwierzy. Doniosę teraz o tobie memu przełożonemu. Zachowuj się naturalnie - rób wszystko, co robiłeś dotąd…

– Mam iść do Dzie

– A byłbyś poszedł?

– Chyba nie.

– To nie idź. Udaj się raczej na spoczynek, musisz nabrać sił… Jutro po obiedzie, między dwiema kariatydami podtrzymującymi sklepienie na siódmym piętrze, opodal windy, będzie cię oczekiwał Drugi…

– Drugi?

– To znaczy ja. Dwaj. Tak będziemy siebie nazywać.

– Ja mam być Pierwszym?

– Tak. Odejdę teraz. Byłoby podejrzane, gdybyśmy nazbyt długo przebywali razem.

– Czekaj! Co mam mówić, gdyby indagowano mię przed jutrzejszym spotkaniem?

– Co uważasz.

– Mogę cię wydać?

– Oczywiście. Przecież o spisku będą wiedzieć, ale jako o pozornym tylko. Byłeś w sobie nie…

Urwał.

– A ty?

– Ja też. Dość. Przetnijmy ten błędny krąg. Pomyśl: ocalimy się wspólnie, odkupimy się, nawet jeśli zginiemy. Zegnaj.

Nie odezwałem się już. Wyszedł szybkim krokiem i powietrze, poruszone jego oddalaniem się, przez jakąś chwilę muskało jeszcze moją twarz.

– Idzie teraz, aby mnie zdradzić - pozornie. Ale skąd mogę wiedzieć, czy tylko pozornie? - pomyślałem, lecz ta myśl pozostawiła mnie zupełnie obojętnym. Wstałem. Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem, bo nikogo nie było. Zakaszlałem, umyślnie głośno, aby siebie usłyszeć. Pokój był bez echa. Zajrzałem do drugiego, uchylając drzwi. Był pusty, tylko na stole kręciły się powoli, zegarowym ruchem, okrągłe bębny magnetofonu. Zdjąłem je, porwałem taśmę na drobne strzępy, wypchałem nimi kieszenie i poszedłem do łazienki.