Страница 39 из 47
Kremator, który zwlekał chwilę, mijając mnie, wymownym i gniewnym zarazem gestem wskazał na porzucony u skraju stołu talerzyk, jak gdyby mówiąc: „Dawałem przecież znaki! Ostrzegałem! Sam jesteś sobie winien!”
Zostałem z czarnowłosym oficerem. Właściwie i on chciał wyjść, ale powstałem wolno z krzesła i zastąpiłem mu drogę. Znieruchomiał pod naciskiem mego wzroku.
– Co to było? - chwyciłem go za ramię. - Zabawa? Pokaz?! Jak mogliście?!
– Ależ, proszę pana… - obruszył się, uwalniając rękę. Spojrzał mi w oczy i odwracając głowę, jak gdyby nieco zmieszany, rzucił:
– To była „Cebula”.
– Co?!
– To… tak nazywa się zastosowana metoda… naukowa metodyka nie przestaje być ścisła, proszę pana, nawet kiedy inspiruje żart…
– Żart? To był żart?!
– No… pan jest zły… mnie też nie było przyjemnie leżeć i chrapać tak długo. Co robić - służba - bronił się nieskładnie.
– Niechże mi pan powie choć wyraźnie, co to miało znaczyć?!
– Ach, mój Boże… nie da się tak po prostu… w pewnym sensie… oczywiście… żart, niewi
– Mojej?!
– Ależ nie! Pana Sempriaąa… przepraszam… bardzo przepraszam… proszę mnie nie zatrzymywać. W każdym razie, zapewniam - to nic… nic…
Nie patrząc na mnie szastnął nogą jak uczniak i wyszedł, a raczej wybiegł, stuknąwszy po drodze palcem w szafę, która znajdowała się opodal drzwi.
Zostałem sam, wśród odsuniętych, porzuconych krzeseł, u stołu przedstawiającego ogryzkami, brudnymi talerzami, plamami wina rozlanego na obrusie mierżący, ohydny obraz. W ciszy rozległo się łagodne pukanie. Omiotłem pokój oczami - był pusty. Pukanie powracało, uporczywe, monoto
Klucz tkwił w zamku. Przekręciłem go. Drzwi, bez mojej pomocy, otwarły się wolno. Wewnątrz siedział, skurczony niemal we dwoje, ksiądz Orfini, w narzuconej na mundur, nie dopiętej z przodu suta