Страница 29 из 47
IX
Śpiący zaczął pochrapywać, nie z onomatopeiczną wirtuozerią admiradiera, lecz monoto
Czyżby to nie było uzgodnione? Czy miałem w nim towarzysza, zagubionego w Gmachu, goniącego za mirażem, którym poświecono mu w oczy?
Zaczął się budzić. Poznałem to po tym, że ucichł. Nie otwierając oczu, kłopotliwie, z trudem, poruszał się w sobie, jakby chował, upychał gdzieś mozolnie ową fałszywą agonię, którą przedtem straszył. Błysnął naraz oczami, objął mnie, widzianego do góry nogami, jednym spojrzeniem, przymknął powieki i trwał tak chwilę, skupiając się, po czym pomału, przechylony, uniósł się na łokciu.
Nim się jeszcze odezwał, jego ocknięta twarz trąciła coś we mnie. Musiałem go już kiedyś widzieć. Z zamkniętymi oczami mruknął:
– Szpuncel…
– Proszę? - powiedziałem odruchowo. Na dźwięk mego głosu usiadł. Był okropnie zarośnięty. Patrzał na mnie, mrugając. Z wolna wyraz jego oczu zmieniał się - zeszły ze mnie na podłogę, odkaszlnął i rozcierając przeguby rąk rzekł:
– Ta kalarepa… nie ugotują, cholery, jak należy, i ma człowiek sny…
Skierował wzrok ku umywalce. Zasłaniałem ją. Pochylił się w bok, oczy rozszerzyły mu się na mgnienie.
– Gdzie brzytwa? - powiedział.
– Tu - pokazałem na kieszeń.
– Połóż.
– Dlaczego? - zaoponowałem. Rosła we mnie antypatia do tego człowieka. Tykał mnie nachalnie, poza tym znałem go skądś - i nie było to wspomnienie przyjemne.
– Przyniosłem ją z góry - zauważyłem, żeby podkreślić swoje prawa. Czekałem zaczepnie, co odpowie, ale wstał, odwrócony tyłem, wyprostował się, przeciągnął wszystkie kości i zaczął drapać się słodko, z wyrafinowaną rozwlekłością, w plecy. Potem wziął szczotkę znad wa
– Wio! - burknął, nie patrząc na mnie.
– Co? - spytałem.
– Nie zawracaj głowy, gadaj - albo idź.
– Co mam gadać?
Zastanowił go jakby dźwięk mego głosu, bo przestał wyskrobywać kłaczki z mankietów spodni i popatrzał na mnie spode łba.
– Dawaj - rzekł, podchodząc do mnie z nadstawioną ręką. - No? Co tak patrzysz? Dawaj, nie bój się.
– Wcale się pana nie boję - odparłem, kładąc mu na dłoni brzytwę. Podrzucił ją i przyjrzał mi się z zastanowieniem.
– Mnie? - powiedział. - Myślę…
Powiesił marynarkę na klamce, owinął się ręcznikiem i wziął się do mydlenia twarzy. Stałem jakiś czas za nim, zrobiłem parę kroków, w końcu usiadłem na brzegu wa
– Pan… dawno? - spytałem, niby to od niechcenia, patrząc w jego plecy.
Z lustra wyglądały namydlone policzki. Oczu nie widziałem. Odpowie, jak dojdzie do ucha - oceniłem. Od ucha przeszedł jednak do podbródka - jakby nic nie usłyszał.
– Pan dawno tu? - spytałem jeszcze raz.
– Dalej - powiedział, nie przestając skrobać podgardla.
– Co dalej? - odparłem, zbity z tropu. Ale on nie raczył nawet odpowiedzieć. Pochylony nad umywalnią, byle jak opłukiwał twarz. Bryzgi wody leciały aż do mnie.
– Proszę uważać, pan chlapie - powiedziałem.
– Nie podoba ci się? To możesz iść.
– Ja tu byłem pierwszy.
Wyjrzał jednym okiem spomiędzy fałd ręcznika.
– O? - powiedział. - Naprawdę?
– Tak.
Cisnął ręcznik na podłogę i sięgając po marynarkę, rzucił w przejściu:
– Obiad był?
– Nie wiem.
– Dziś bezmięsny - mruknął jakby do siebie, porządkując ubranie. Między otrzepaniem rękawa a podciągnięciem spodni dodał:
– Żeby choć frytki jakieś. Na pewno kasza. Wiecznie ta kasza. Smażonego by coś, psiakrew, na ząb…
Zerknął przelotnie w moją stronę.
– Zaczynasz, czy jak? Bo zaraz pójdę.
– Co mam zaczynać?
– Nie udawaj. Stare.
– Nie udaję. To pan udaje.
– Ja? - zdziwił się. - A co na przykład?
– Pan wie, co.
– Tak możemy do maja - rzucił niechętnie. Przyjrzał mi się. Nie było najmniejszej wątpliwości. Ostatni raz widziałem go, jak fotografował tajne akta w kasie.
– Cywek? - powiedział powoli. - Dlaczego? Kolej na mundurowca - nie?
– Jaki cywek?
Podszedł do mnie. Spojrzał na moją nogę. Zainteresowała go.
– Wydawca - zadecydował wreszcie.
– Co? Kto?
-Ty.
– Ja? Może pan odezwie się wreszcie zrozumiale? Nie jestem żadnym cywkiem ani wydawcą.
– Nie? To skąd? Z wypluwki?
– Z żadnej wypluwki!
– A jak? Znikąd? To czego chcesz?
– Niczego. To pan chce.
– Co?
Przeszedł dwa razy po łazience, od ściany do ściany, z rękami w kieszeniach, spojrzał na mnie z ukosa, od drzwi, nareszcie przystanął i rzekł:
– No, dosyć. Dajmy na to, że się pomyliłem… Szyfrołaz też nie jesteś?
– Nie.
– Czterdziecha?
– Nie wiem, co pan mówi. Gwizdnął przeciągle.
– Dobra. Nie wierzę, ale niech ci będzie. Co mi szkodzi? Pchaj no w łajno. Powiadasz, że jesteś misyjniak? Wahałem się, co powiedzieć.
– Nie rozumiem dobrze, co pan mówi - zacząłem - jeżeli chodzi o moją Misję, to…
– Taak - przeciągnął. - Instrukcję dostałeś?
– Dostałem, ale…
– Wsiąkła?
– Tak. Pan wie może, co…
– Czekaj.
Pochylił się koło mnie, wyciągnął spod wa
– Z obiadu klops - wyjaśnił pełnymi ustami. Trochę okruszków posypało mu się na gors.
– Poświętliwy jestem, sam widzisz. Chcesz, znaczy, wiedzieć, co się dzieje?
– Chcę.
– Ksiądz był?
– Był.
– Lilijna białość?
– Proszę?
– A, jeszcze nie? Dobra. Jak gdyby osiemdziesiątak.
Przymierzał jakąś myśl do mojej trzęsącej się bezusta
– Po starym - zakonkludował wreszcie. - Hę? I tłustego podetkali ci, co? Spuchlak wzdymany! Nie musisz nawet mówić: widać. A ta zgaga, to po starym.
Stuknął palcem w fotograficzny futerał.
– Głodny jesteś? Chcesz?
– Dziękuję.
Nawet nie słyszał. Poprawiał się na siedzeniu wymierzonymi, malutkimi ruchami, wymijając krzyżem sterczące z tyłu kurki z taką rutyną, jakby pół życia przesiedział na bidetach.
– Chawa - rzekł jakoś smętnie. - Napatrzyłeś się, co? Skóra kopycieje, brodawczaki w koperczaki, łupież rozpałęszony żywopłotem, ćmawo, chrumno, mętek-drętek, a ty, augur jeden, nad kichą! Krzaczkiem w uchu, cholera, przemawia, a ty tak, owak, składasz, rozkładasz, i nic nie rozumiesz… Przy próbie jeszcze stoisz czy przy bajzlu?
– Przepraszam - powiedziałem - ale…
– Przy próbie - ustanowił. - Kombinujesz, bracie, i z tego żyjesz! Herbatką żyjesz! Nie nażyjesz się! Noga lubi tak czasem, jak już nie można, i nie chce, cholera, przestać… Kłuli cię przez sen szpileczkami?
– Nie. Dlaczego pan…
– Nie przeszkadzaj. Muchy w herbacie były? Sztuczne…
– Były!
Nie rozumiałem, do czego zmierza - a jednak łapałem w tym jakiś sens, najściślej ze mną związany.
– Te krzaki - wyrzuciłem - pan… o admiradierze?
– Nie, o strucli… Stary przetrzyma nas obu, założysz się? Pamiętam, taki sam był, jak ani śladu jeszcze ręczników nie widziałeś, a za brzytwą co się człowiek wtedy nalatał… Fusy kawowe… Kancelaryzowali wtedy bez tej higieny, na fus brali, przycupem, wszystko spodem, szyto-kryto, do Wydziału Piwnicznego kierowali, trzask-prask, przesłuchancja, w mordas obcasem, flekowanie i cześć… A teraz to najwyżej postrzelają… Strzelali?
– Na korytarzu? Tak! Co to znaczy?
– Tryplet. Wpadunek trzeciaka. No, szpuncle popodstawiały się i jeden się przegorliwił. Przedobrzył. To znaczy.
To rutynowany szpieg! - myślałem szybko. - Widać choćby po tym żargonie… Ale czego chce ode mnie? Z obiadu dla rozmowy zrezygnował, jaki życzliwy… Oho! muszę porządnie mieć się na baczności…
– Na baczności musisz się mieć, co? - rzucił i prychnął na widok mojej miny. - No, co się dziwisz? Bywały jestem, rutyniarz… zęby na tym zjadłem… instrukcja gra… myślałeś, że twoja? A już! Seryjniak, kochany… Muszki w herbacie i cała reszta… Z tego wszystkiego tylko herbata została ta sama co dawniej…
Zasępił się i z nudy, która wypełzła mu na twarz, czyniąc ją nagle starą, ze swej osobności i znużenia zapatrzył się w lśniące niepokalaną białością drzwi.
– Panie… - odezwałem się - czy nie może pan powiedzieć czegoś zwyczajnie, po ludzku?
– A jak ja mówię? - zdziwił się.
– Co to wszystko znaczy? I co pan… po co pan mi tu…