Страница 11 из 47
– Co pan… co brat mówi? - mruknąłem. Palec uspokoił się. Należało iść, i to jak najprędzej, ale nazbyt głęboko zabrnąłem już w tę scenę.
– Jak wyglądają… praktyki religijne? - rzuciłem od niechcenia, mimo woli wciągając się w rolę wizytatora na inspekcji.
Podniecenie jego rosło; syczał z błyszczącymi, łzawiącymi się oczami, słodycz donosicielstwa rozpierała go, oblepiając wargi białawym osadem śliny.
– Praktyki! Praktyki! - wykrzywił się niecierpliwie, rozzuchwalony ciężarem oskarżeń, które miał rzucić. - Kazania nie podżegają do żadnych wystąpień, są bez rezultatów liczbowych, reguły podsłuchu przekraczane nagmi
– Kosmicznych?
– Gdyby! Ba, nie, proszę… nie znam, niestety, godności…
– To nic, nie trzeba…
– Pojmuję… o karach ostatecznych, mając pod ręką o ileż skuteczniejsze możliwości dzięki kolegom z Turki… a przy tym wszystkim tajny brat Malchus na lewo i na prawo rozpowiada, że rozszyfrował Biblię… Pan rozumie, co to znaczy?
– Bluźnierstwo - podsunąłem.
– Z bluźnierstwami Bóg da sobie sam radę, niestraszne mu… chodzi o cały zakon! Teologiczne podstawy teorii świętego odstępstwa.
– Dobrze, dobrze - odparłem niecierpliwie - porzućmy ogólniki. Ten brat tajny Malchus… jak to wyglądało? Ale proszę brata streszczać się…
– Wedle rozkazu… O tym, że brat Malchus jest trypletem, wiadomo było od dawna - sposób, w jaki przy psalmach… pan pojmuje - brat Almigens miał go rozpracować… podsunęliśmy mu kilku cywilnych… leżąc krzyżem, dawał znaki… no, wykroczenie z paragrafu czternastego… a przy analizie kwartalnej w ornacie jego oficera-spowiednika znalezione zostały wszyte, podwójnie skręcone, srebrne nici…
– Nici? Po co nici?
– No jakże… dla zekranowania podsłuchówki… osobiście przeprowadziłem śledztwo wśród komunikantów.
– Dziękuję - powiedziałem - dosyć. Już z grubsza orientuję się. Może brat odejść…
– Ależ, ależ ja dopiero za…
– Zegnam brata.
Zako
Usłyszałem człapiące kroki. Schowałem elastyczny przedmiocik do kieszeni. Kilka osób weszło do kaplicy. Niosły wieniec; cofnąłem się za kolumnę. Rozkładano żałobne taśmy ze złotymi literami. U ołtarza pojawił się ksiądz. Ministrant poprawiał na nim szatę liturgiczną. Obejrzałem się. Tuż za mną, obok płaskorzeźby przedstawiającej odstępstwo świętego Piotra, były wąskie, opatrzone skobelkiem drzwi. Znalazłem za nimi korytarzyk skręcający w lewo; u jego końca, przed rodzajem obszernej niszy z trzema w górę wiodącymi stopniami, siedział na trójnogim zydlu zako
– Dokąd idzie się tędy? - spytałem, wskazując na drzwi w głębi niszy.
– Haa? - wychrypiał, okalając ręką ucho.
– Dokąd prowadzą te drzwi?! - krzyknąłem, nachylając się nad nim. Błysk radosnego zrozumienia ożywił jego zapadłą twarz.
– Nie, panie… nigdzie, panie… to cela… ojca Marfeona, cela… pustelnika naszego…
– Co?!
– Cela, panie…
– A… można do tego pustelnika? - spytałem oszołomiony. Starzec pokręcił głową.
– Nie, panie… nie można… pustelnia, panie… Zawahałem się, wszedłem na stopnie i otworzyłem te drzwi. Ujrzałem coś w rodzaju ciemnawego przedsionka, pełnego rupieci; kąty zawalone były brudnymi woreczkami, zeschłą cebulową łupą, pustymi bańkami, kołkami od kiszek, miałem węglowym - wszystko to, przemieszane z papierzyskami, pokrywało podłogę, tylko środkiem wiodło przejście, a raczej szereg łysin dających oparcie stopom, kończące się przy następnych, z nie ciosanych bierwion zbitych drzwiach. Brnąc przez śmietnisko, dotarłem do nich i nacisnąłem kutą w żelazie, ogromną, pałąkowatą klamkę. Usłyszałem pospieszne szuranie, gwałtowne szepty, i oczom moim w mroku, rozwidnionym płonącą nisko, jakby na podłodze, świecą, ukazała się chaotyczna ucieczka postaci pchających się do kątów, na czworakach włażących pod krzywy stół, pod pryczę - jeden z przebiegających zdmuchnął świecę i zapadła atramentowa ciemność, pełna swarliwych szeptów i posapywań. W powietrzu, które wciągnąłem do płuc, stał zaduch nie mytego ludzkiego mrowia. Cofnąłem się pospiesznie. Stary zako
– Nie przyjął pustelnik, panie? - wychrypiał.
– Śpi - rzuciłem w przejściu. Dogoniły mnie jego słowa:
– Jak kto pierwszy raz przychodzi, to zawsze śpi, powiada, ale jak drugi raz, to zostanie już na dłużej, panie…
Musiałem wracać przez kaplicę. Egzekwie widać już odprawiono, bo trumna, sztandary i wieńce znikły. Było i po mszy. Na słabo oświetlonej ambonie stał ksiądz, wytrząsając rękami na cały kościół; pod brokatem na jego piersi występowało kwadratowe wzniesienie.
– …albowiem powiedziane jest: „a skończywszy wszystko kuszenie, diabeł odszedł od niego aż do czasu”… - wibrował wysoki głos kaznodziei, sięgając mrocznego sklepienia - „aż do czasu”, powiedziane jest, a gdzie przebywa? Czy w morzu czerwonym, szumiącym pod skórą naszą? Czy w naturze? Ale, o, bracia, czyż nie jesteśmy sami naturą nieobjemną, czy szum jej drzew nie pobrzmiewa w trzeszczeniu kości naszych, a naszej krwi strumienie sąż mniej słone od strumieni, którymi ocean wnika w pieczary szkieletów swoich podmorskich wapie
– Słyszy pan? - zaszeptało za mną. Kątem oka złowiłem świecącą, bladą twarz brata-oficera. - O tym dławieniu… i to ma być prowokacyjne kazanie! Nic przemycić nie potrafi. Ładna mi prowokacja!
– Nie szukajcie klucza tajemnicy, albowiem ten, który znajdziecie, wytrychem jest! Nie zgłębiajcie niezgłębionego! Ukorzcie się! - huczał w kamie
– To ksiądz Orfini. Już kończy, wezwę go zaraz… musi pan zrobić z tego użytek - najlepiej do raportu go!! - syczał blady brat, paląc mi zgniłym tchem kark i szyję. Co bliżsi z wiernych jęli się oglądać.
– Nie, nie! - rzuciłem, ale już pomykał bocznym przejściem ku ołtarzowi.
Ksiądz znikł. Poruszenie, jakie nagłym swym pośpiechem wywołał zako
– Pragnie się pan… wyspowiadać? - melodyjnym, łagodnym głosem zagadnął mnie ten człowiek. Miał siwe skronie, wysoko podgoloną czuprynę, napiętą, nieruchliwą twarz ascety, w ustach - złoty ząb, którego błyśniecie przypomniało mi staruszka.
– Nie, nic podobnego - powiedziałem szybko i, tknięty niespodzianą myślą, wypaliłem:
– Potrzebna jest mi tylko pewna… informacja. Spowiednik skinął głową.
– Proszę.
Ruszył pierwszy. Za ołtarzem, powleczone różem od rubinowej lampki jakiegoś obrazu, widniały niskie drzwi.
Korytarz za nimi był prawie ciemny. Odwrócone twarzami do ścian, zakryte płachtami bądź odsłonięte, stały po obu stronach figury świętych. Uderzyła mnie jasność pokoju, do któregośmy weszli. Ścianę na wprost drzwi zajmowała ogromna kasa pancerna. Na oksydowanej stali czerniał wielki, emalią inkrustowany krzyż. Ksiądz wskazał mi fotel, a sam przeszedł na drugą stronę zarzuconego papierami i starymi księgami stołu. Choć w mundurze, nie przestał wyglądać jak ksiądz, z białymi, wymownymi rękami o ścięgnach pianisty, martwa siatka błękitnych żyłek znaczyła mu skronie, skóra zdawała się przylegać tam wprost do sucho sklepionej kości, wszystko było w nim bezruchem i spokojem.
– Słucham pana…
– Ksiądz zna szefa Wydziału Instrukcyjnego? - spytałem. Uniósł nieznacznie brwi.
– Majora Ermsa? Znam. Znam.
– I numer jego pokoju?
Ksiądz stropił się. Dotknął guzików munduru, jakby to była suta
– Czy zaszła… - zaczął, ale przerwałem mu:
– Więc jaki to jest numer według księdza?
– Dziewięć tysięcy sto dwadzieścia dziewięć… ale nie rozumiem, dlaczego ja…
– Dziewięć tysięcy sto dwadzieścia dziewięć - powtórzyłem powoli. Byłem pewien, że nie zapomnę tego numeru.
Ksiądz patrzał na mnie z rosnącym zdziwieniem.
– Pan, przepraszam… brat Perswazy dał mi do zrozumienia…
– Brat Perswazy?… Ten zako
– Nie pojmuję doprawdy… - rzekł ksiądz. Wciąż stał za biurkiem. - Brat Perswazy jest kierownikiem komórki zako
– To pożyteczne - zauważyłem - a cóż ta komórka wyrabia, można wiedzieć?