Страница 80 из 81
– Przecież to niemożliwe – powiedział Paweł. – Marszałek? – dodał, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Musielibyście otoczyć cały teren siatką i drutem kolczastym albo murem, postawić szperacze, wartowników i stanowiska ogniowe co kilka metrów. To nierealne, nie na taką skalę. Przecież to olbrzymie hektary terenu.
Żołnierz milczał, czekając, aż Paweł się wygada.
– Barykada jest prawie skończona – powiedział w końcu. – Ściągnięto dywizje pancerne z całego kraju, saperów, wojska inżynieryjne. Każdy dostał swój kawałek, za który jest odpowiedzialny.
Paweł poczuł, jak po plecach ścieka mu zimna kropla potu. „Pięknie” – pomyślał. „Nie zdążyliśmy”.
– Co dalej będzie? – zapytał po chwili.
– To, co teraz. Będziemy wypuszczać patrole i ratować tych, co przeżyli.
– Ratować?! – krzyknął w nagłym przypływie furii Kuba. – Przecież strzelacie do niewi
Rwał się, żeby przyłożyć leżącemu żołnierzowi, jednak Paweł powstrzymał go, łapiąc jego rękę. Policjant się uspokoił, ale splunął z pogardą obok leżącego żołnierza.
– Musimy robić wszystko, żeby zaraza się nie rozprzestrzeniła – mówił dalej żołnierz. – Nie rozumiecie? Zagrożona jest cała Polska, jak nie Europa i świat. Zobaczcie, przez niespełna dobę to cholerstwo opanowało całe miasto. Całe miasto! Kilkaset tysięcy ludzi jest już zarażonych, reszta pochowała się po jakiś dziurach albo jakoś walczy. I doskonale wiecie, jak ta walka się skończy – dodał ponuro. – Odcięcie i izolacja miasta to jedyny pewny sposób.
– Tak? A jak wam nie wyjdzie to co, zrzucicie bombę atomową na stolicę? – zapytał Kuba.
Żołnierz milczał, ale posłał policjantowi wystarczająco wymowne spojrzenie.
– Ja pierdolę. Pięknie, kurwa, pięknie – powiedział Kuba i złapał się rękami za głowę. – Dobra, nie ma na co czekać. Spierdalamy stąd – dodał i poszedł zająć miejsce za kierownicą.
– Ej, nie zostawiajcie mnie! – krzyknął desperacko żołnierz.
– Nie martw się. Koledzy cię znajdą – odpowiedział Paweł i zamknął drzwi furgonetki. Ruszyli.
Leżący na ziemi żołnierz odprowadzał tęsknym wzrokiem oddalający się pojazd. Gdy tylko zniknął za zakrętem, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej małą krótkofalówkę. „Kretyni” – pomyślał, włączając urządzenie. Radio trzasnęło cicho, żołnierz wcisnął odpowiedni przycisk i zaczął mówić:
– Baza, mówi starszy sierżant sztabowy Mak. Na północ w kierunku cmentarza Północnego jedzie furgonetka policyjna z sześcioma osobami na pokładzie – sierżant przerwał na chwilę, żeby zastanowić się co dalej powiedzieć. – Dwie osoby są na pewno zarażone, jedna już w gorączce. Są uzbrojeni i niebezpieczni, postrzelili mnie i zabili troje moich ludzi. Uciekają z miasta. Zatrzymać za wszelką cenę.
– Zrozumiałem – odpowiedział zniekształcony mechanicznie głos po drugiej stronie.
– I zabierzcie mnie stąd, leżę przy torach na Wólczyńskiej – dodał żołnierz.
– Zrozumiałem, potwierdzam. Bez odbioru.
Głuchy trzask świadczył o zakończeniu rozmowy.
Sierżant sposępniał, uświadomiwszy sobie, co powiedział i jakie to będzie niosło za sobą konsekwencje. Niestety, nie miał zbyt dużego wyboru. Ci ludzie za dużo wiedzieli i jeżeli to by wyszło na jaw, miałby przesrane.
Nagle usłyszał krzyk. Spojrzał w stronę, z której nadjechali, i zobaczył, jak zza zakrętu wybiega wataha zombie. Poczuł, jak kropla zimnego potu spływa mu po plecach, i przeżegnał się, prosząc o szybką śmierć.
Obrzeża Warszawy, godzina 12:30.
Co za skurwiele – powiedział Kuba, waląc ręką w deskę rozdzielczą. – Jak tak można? Do własnych ludzi, jak do zwierząt? – wypluwał z siebie pełne nienawiści słowa.
Nikt jednak nie podejmował dyskusji, więc policjant po chwili się uspokoił. Minęli myjnię samochodową i przejeżdżali teraz obok parkingu sąsiadującego z cmentarzem Północnym.
– Uciekaliście z miasta? – zapytał Paweł.
Kuba zerknął na niego przez tylne lusterko i stwierdziwszy, że nie ma sensu czegokolwiek ukrywać, odpowiedział:
– Tak. Wy?
– My też – odpowiedział komandos.
Dziesiątki myśli kłębiło się w głowie każdego z nich. Zdecydowanie zbyt wiele, aby wyłowić z nich coś sensownego i rozpocząć rozmowę. Okolica jak zawsze była pusta i wymarła. Z jednej strony widać było wysoki mur największego cmentarza Warszawy, z drugiej rzadkie domy otoczone przez pola i niewielkie kępy drzew i krzaków. Właściwie to można było się poczuć, jakby jechali na wycieczkę za miasto.
– Na skrzyżowaniu skręcimy w prawo, potem już prosta droga do Łomianek – powiedział Kuba. – Jak będą problemy to wbijemy się w las, tam łatwo ich zgubimy – dodał. – Jakoś będziemy musieli ominąć blokadę, bo droga pewnie jest nieprzejezdna.
– Dobry pomysł. Gdzie jedziecie? – zapytała Kaja, włączając się do dyskusji.
– Na Mazury – odpowiedziała Natalia, odwracając się w jej stronę. – Tomek zaproponował nam wakacje w domku jego rodziców. Chcecie się zabrać z nami?
Pomimo tego, że nie konsultowała tego z mężem, Natalia zaryzykowała. Zauważyła, że ludzie są okej. Paweł wyglądał na faceta, który potrafi sobie w życiu z wszystkim poradzić. No i miał córkę, co powi
Na wspomnienie rodziców Max wyraźnie sposępniał. Nie udało się dotrzeć do jego domu, a ilość grasujących w okolicy zombie nie wróżyła niczego dobrego.
– Jasne – odpowiedziała Kaja i spojrzała pełna nadziei w oczy ojca.
Nagle szare oczy Pawła rozszerzyły się z przerażenia.
Komandos złapał córkę w talii i rzucił się z nią na podłogę, chociaż było dla niego jasne, że nie miało to najmniejszego sensu i w niczym im nie pomoże. Jednak instynkt był silniejszy.
Max, zastanawiając się co się stało z jego rodzicami, obgryzał właśnie paznokieć kciuka, gdy spostrzegł dziwne zachowanie komandosa. Nim uświadomił sobie, czym jest spowodowane, było już za późno.
Tomek patrzył na mijane za szybą drzewa i zastanawiał się, czy poradzą sobie na Mazurach. Nagle drzewa zniknęły, a w ich miejsce pokazało się jasnobłękitne niebo.
Kaja chciała krzyknąć, jednak siła, z jaką ojciec przygniótł ją do podłogi, odebrała jej dech w piersi. Poczuła dominujący i wszechogarniający strach, posypany szczyptą niedowierzania.
Kuba, widząc to samo, co zobaczył Paweł, desperacko skręcił kierownicą, jednak przez to sprawił, że zaczęli stanowić łatwiejszy cel. Poczuł, jak koła tracą przyczepność i samochód przewraca się na prawy bok.
Natalia z zaskoczeniem obserwowała zachowanie Pawła i chciała się odwrócić w stronę drogi, żeby sprawdzić, co je wywołało, ale nie zdążyła.
Sekundę wcześniej Paweł zobaczył, jak daleko przed nimi, spomiędzy drzew wyłania się potężna i majestatyczna sylwetka czołgu Leopard 2A4, którego młodsi kuzyni plądrowali polskie ziemie podczas II wojny światowej. Jego olbrzymia lufa była wyzywająco i szyderczo skierowana w stronę nadjeżdżającej furgonetki. Ułamek sekundy później czołgiem delikatnie zakołysało, a fala uderzeniowa uniosła ziemię wokół niego, tworząc tym samym olbrzymi tuman kurzu.
Powietrze przeszył huk wybuchu, niczym uderzenie pięścią wściekłego i rozczarowanego boga.
A potem wszystko zalało oślepiające, ciepłe światło.
Spis treści:
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Poniedziałek.
Przedmieścia Warszawy, godzina 20:27.
Wtorek.
Żoliborz, godzina 03:15.
Wola, godzina 13:00.
Mokotów, godzina 13:00.
Metro, godzina 12:25.
Most Śląsko-Dąbrowski, godzina 13:00.
Metro, godzina 12:37.
Bielany, godzina 12:50.
Mokotów, godzina 13:15.
Wola, godzina 13:15.
Most Śląsko-Dąbrowski, godzina 13:15.
Metro, godzina 13:19.